music

niedziela, 18 czerwca 2017

Cena Wolności cz.2

     Zaparkowała samochód na strzeżonym parkingu, dwie przecznice dalej. Kluby w porcie miały to do siebie, że każdy zaparkowany przed nimi samochód znikał w przeciągu godziny, jeśli nie należał do szychy przestępczego półświatka. Gdyby zaparkowała swoją maszynę w dokach, mogłaby już nigdy jej nie zobaczyć.
Wysiadła z ciepłego wnętrza, trzaskając przy tym drzwiami sfatygowanego Mustanga i ruszyła chodnikiem w stronę nieoświetlonej części miasta, zapinając czarną skórę pod samą brodę. Przyspieszyła kroku, by za kolejnym zakrętem wejść w ostatni na tej ulicy snop światła. Nienawidziła tej dzielnicy, klubu, a już tym bardziej tego, co odbywało się w jego podziemiach. Już kiedy po raz pierwszy Hunter przyprowadził ją do Alibi, ani trochę jej się tam nie spodobało. Później dowiedziała się, że Greyson był jego stałym bywalcem i przez czysty przypadek znalazła się w Kryptach. Tego było jej już za wiele. Gdy zobaczyła Huntera na arenie, miała ochotę zeskoczyć na dół i porządnie przywalić w jego przystojną buźkę, ale uległa. Wiedziała, że ściąganie na siebie uwagi przy wkręcaniu się w nocny świat San Francisco, nie byłoby mądrym posunięciem. Wyszła z klubu bez gadania i odjechała do kwatery głównej Gildii. Jednak tym razem nie miała zamiaru odpuszczać.
Weszła w ciemną, obskurną uliczkę, nawet nie zwracając uwagi na szczury pałętające się przy śmietnikach. Omijała wszystko, co wydało jej się podejrzane i brnąc dalej w mrok zaułka, zupełnie zignorowała ochroniarza, stojącego u wlotu na tyły budynku. Facet wiedział, że z zabójcami Shanksa nie należało zadzierać, więc tylko skinął jej głową. Gdy stanęła przed żelaznymi drzwiami, uderzyła w nie z całej siły. Chwilę po tym mała zasuwka się otworzyła, ukazując ciemne oczy. Mężczyzna zmierzył ją ostrym wzrokiem, wyraźnie jej nie rozpoznając, na co przewróciła oczami i podciągnęła lekko rękaw kurtki. Zdjęła skórzaną rękawiczkę, unosząc przy tym dłoń bliżej twarzy. Na jej skórze widniał  znak Gildii, czarny miecz, opleciony ciemno zielonym wężem, którego łuski lekko błyszczały w świetle padającym z małego prostokąta. Tatuaż otoczony był dziwnymi, ciemnoniebieskimi znakami, przypominającymi runy. Mężczyzna burknął coś niewyraźnie, jednak bez sprzeciwu otworzył drzwi, wpuszczając ją na korytarz. Mackenzie wyminęła go bez słowa, ruszając słabo oświetlonym korytarzem w stronę kamiennych schodków.
Im niżej schodziła, tym bardziej narastał hałas. Ostra rockowa muzyka mieszała się z głośnymi śmiechami i jeszcze głośniejszymi okrzykami wiwatujących ludzi. Ryder weszła do zatłoczonego pomieszczenia z krzywą miną. Tłum zgromadzony wokół krańców areny wrzeszczał głośno, dopingując zawodników. Dziewczyna przejechała wzrokiem po obleganych stolikach i barze, ale nie zobaczyła znajomej twarzy, więc stanowczo ruszyła do zejścia na arenę. Było to pomieszczenie w kształcie okręgu, którego dno znajdowało się jakieś pięć metrów poniżej poziomu baru, w samym środku tego ponurego, kamiennego pomieszczenia. Na dół można się było dostać tylko z dwóch stron, przez korytarze dla uczestników, wcześniej schodząc do nich schodami, przylegającymi do ścian areny. Nikt nie zwrócił na nią uwagi, biorąc ją za kolejnego uczestnika. Ludzie zupełnie nie przejmowali się tym, kto ląduje na arenie. Dopóki załatwiał im dobrą rozrywkę, mógł to być choćby i najzwyklejszy szczur.
Gdy Ryder stanęła przed kratą odcinającą walczącym drogę ucieczki, prychnęła gniewnie. Instynkt ani trochę jej nie zmylił, bo oto przed nią ukazał się półnagi Hunter, patrzący z góry na powalonego i nie ruszającego się mężczyznę. Oddychał gwałtownie, przez co mięśnie na jego klatce piersiowej, nieco dekoncentrowały Mack. Na prawej piersi miał wytatuowany znak „Gildii”, a u dołu jego pleców zdawał się odpoczywać wielki, czerwono-złoty smok, którego ogon znikał za krańcem poplamionych krwią dresów. Na twarzy bruneta gościł triumfalny uśmieszek, a w szarych oczach, dostrzec można było szalony błysk. Miał też rozcięty łuk brwiowy, a lewe oko lekko napuchło. Zmieliła w ustach przekleństwo, wwiercając w niego spojrzenie, jednak ten nie był w stanie dostrzec sylwetki, chowającej się w mroku zejścia.
Po niespełna minucie kraty uniosły się i z przeciwnej strony na arenę weszło dwóch pracowników Krypt, by zabrać nieprzytomnego mężczyznę.
— Czy jest ktoś jeszcze, kto stawi czoła Czarnej Bestii?! — Głos komentatora zirytował ją jeszcze bardziej, a słowa sprawiły, że zachciało jej się śmiać. Z zaciętym wyrazem twarzy wyłoniła się z mroku korytarza, rzucając skórzaną kurtkę na podłogę za sobą. Stanęła pewnie tuż przed nosem zaskoczonego Huntera, krzyżując ręce na piersiach.
— To jak, Greyson? — mruknęła, mrużąc powieki. — Zabawimy się w kotka i myszkę?
 Chłopak popatrzył na nią, zastanawiając się, skąd ją tu przywiało. Przez krótką chwilę miał nadzieję, że żartuje, jednak złość bijąca z jej oczu sprawiła, że przełknął ślinę, kiwając zgodnie głową. Na ten znak kraty zostały opuszczone, a Mack cofnęła się kilka kroków. Tłum wrzeszczał jak oszalały, podczas gdy Hunter uważnie obserwował jej ruchy, doskonale wiedząc, że jej płeć wcale nie była jej słabością. Ze swoją zwinnością i sprytem miała szansę go pokonać, mimo że był silniejszy.
— Dlaczego tu zeszłaś? — Stawiał ostrożnie kolejne kroki. — Po cholerę się tutaj wpakowałaś.
— Boisz się przegranej? — Uśmiechnęła się słodko, poruszając wzdłuż ścian z gracją godną drapieżnika.
— I po co ci ten sarkazm, mała? — Zmrużył oczy, nie przestając obserwować choćby najmniejszego ruchu nadgarstków dziewczyny.
Mack przewróciła oczami i wystrzeliła do przodu, unosząc rękę. Hunter w ostatniej chwili zablokował uderzenie w twarz i cofnął się w tył. Ryder bez zastanowienia ruszyła za nim, zadając szybkie ciosy, które Greyson ledwo nadążał blokować. Po kolejnym prawym sierpowym, szatynka uśmiechnęła się przebiegle i zanurkowała w dół, podcinając chłopaka. Ten momentalnie wylądował na splamionym krwią betonie, ale zdążył uchylić głowę, przed kolejnym ciosem.
— O co ci chodzi, Ryder? — warknął, lekko, lecz skutecznie odpychając dziewczynę i podniósł się na równe nogi.
— Miałeś się tu nie pokazywać na czas tej roboty — syknęła, z trudem blokując pięść, wymierzoną w prawy bok. Greyson spróbował powtórzyć jej wybieg, ale Mack szybko zorientowała się w sytuacji i odskoczyła na bezpieczną odległość. Prychnęła wściekle, mordując bruneta wzrokiem. — No, co jest?! — krzyknęła, zaciskając dłonie w pięści. — Już nie masz żadnych pytań i zażaleń?!
— Mack, wystarczy. — Zablokował kolejny cios, wymierzony w twarz i pchnął dziewczynę w stronę ściany. Zaraz pojawił się przed nią, przygniatając ją ramieniem do zimnych kamieni. Próbowała się wyrwać, ale złapał ją w pułapkę, wykorzystując chwilę rozkojarzenia i unieruchomił na dobre. — Po co tutaj przyszłaś?
— Bo cię wszyscy, do cholery szukają, idioto skończony! — Popatrzyła prosto w szare tęczówki. — Mamy robotę do zrobienia, a ty szlajasz się po dokach i dajesz sobie obijać mordę!
— To na cholerę tu wchodziłaś, zamiast krzyknąć do mnie z korytarza? — Zmarszczył brwi, próbując opanować gniew. — Po co ci był ten teatrzyk?
— Już ty dobrze wiesz, po co.
— Do jasnej kurwy nędzy, Mack! Przestań się tak zachowywać. — Uderzając pięścią w ścianę tuż obok jej twarzy.
— Zachowuje się normalnie — wycedziła przez zęby, nawet nie mrugnąwszy okiem. — Obiecałeś, że dopóki nie skończymy roboty, nie postawisz nogi w tym gównie.
— Mack, ja...
— Po prostu się zamknij! Wychodzimy stąd, czy ci się to podoba, czy nie i więcej tu nie wrócisz, rozumiesz? — Hunter prychnął pod nosem, ale skinął głową. — A teraz zabieraj te łapy i rusz dupę.
Greyson cofnął się o krok. Kraty zostały uniesione, co skutkowało podniesieniem okrzyków radości wśród ludzi na górze.
— Nie myśl, że ta rozmowa cię ominie. — Zagroziła, ruszając w stronę korytarza. — Na razie mamy robotę do zrobienia.

***

Wparowali do bazy operacyjnej Jacka, gdzie wcześniej skierowała ich Liz. Dziewczyna przez całą drogę nie odezwała się do Huntera słowem, co bardzo mu nie przeszkadzało, ale wiedział, że było zapowiedzią burzy. Jego humor również się popsuł, gdy tylko weszli do bazy. Na widok Adama, Mack zatrzymała się w pół kroku, przez co szaro oki na nią wpadł. Posłała mu ostre spojrzenie znad ramienia, zaraz wracając wzrokiem do znienawidzonego szatyna.
— Co on tu robi? — Zacisnęła dłonie w pięści.
— Czego się dziwisz? — Sanders uśmiechnął się z wyższością. — W końcu mam was nadzorować, Ryder.
Mackenzie prychnęła pod nosem i rzuciła mu mordercze spojrzenie, które momentalnie złagodniało, gdy skierowała uwagę na Liz.
— Co się stało?
— Mamy problem — wymamrotała zielono oka, próbując ukryć swoje rozczarowanie.
Adam był jej dobrym przyjacielem, tak samo, jak Mack. Bolało ją to, że nie potrafili się dogadać. Wiecznie darli ze sobą koty, doprowadzając ją do białej gorączki. Żadne z nich nigdy nie powiedziało jej, o co chodzi. Ryder nie chciała pisnąć choćby słówka nawet Mattowi i Liz mogła tylko sobie wyobrażać, jak bardzo musiało go to boleć. Znali się z Mack od dzieciaka, traktował ją jak młodszą siostrę, a ona nie chciała mu zaufać. W dodatku blondyn wychodził z siebie widząc, że Hunter doskonale zdaje sobie sprawę z sytuacji i najwidoczniej jest w nią zamieszany. Przez to, kiedy tylko Parker choćby wspominała o tym konflikcie, blondyn miał ochotę rozłupać czaszkę Huntera o beton. Elizabeth już nie raz uspokajała go, pozwalała mu się wygadać, ale i powstrzymywała przed wparowaniem do pokoju Greysona, co wywołałoby tylko kolejną, niepotrzebną awanturę.
Sytuacji też ani trochę nie poprawiał fakt, że ta dwójka pracowała razem, jako tajna broń organizacji, duet do zadań specjalnych, nazywany Demon’s Revenge. Liz przerażało to, że nazwa „psychopatyczny duet”, jaka panowała wśród szeregów, nie została wymyślona ze względu na ich specyficzne zainteresowania. Dziewczyna tylko jeden jedyny raz odważyła się spojrzeć na mężczyznę, który stał się ofiarą tej dwójki. Do teraz trudno było jej uwierzyć, że mogli zrobić coś tak strasznego, a widok zwłok nawiedzał ją podczas najgorszych koszmarów, nie dając zapomnieć o przerażającej naturze przyjaciół.
— Elizabeth! — Dziewczyna podskoczyła, gdy tuż przy jej uchu rozległ się krzyk. — Jaki problem? — Mack wbiła w nią spojrzenie pełne wyrzutu.
— A tak, przepraszam. Odpłynęłam. — Przeczesała palcami rude fale. — Wiecie, że nasza siatka kontaktów, jest jedną z najlepiej rozwiniętych w mieście, prawda?
Ryder wymieniła z brunetem kontrolne spojrzenie, po czym oboje przytaknęli, marszcząc przy tym zabawnie brwi. Gdyby nie powaga sytuacji, Liz pewnie zaczęłaby się najzwyczajniej śmiać z ich kompatybilności.
— Cóż, wychodzi na to, że gówno, a nie rozwinięta — wymamrotała ponuro, łapiąc w palce nasadę nosa. — Zupełnie nikt nie słyszał o tym typie, nikt go nie widział, wszystkie dopływy informacji milczą jak zaklęte. Nie jesteśmy w stanie wyłapać niczego od naszych informatorów.
— Gratuluje skuteczności — prychnął pogardliwie Adam. — Jak tak dalej pójdzie, wpakujecie się w poważne kłopoty.
— Może zamiast kłapać tym dziobem, sprawdziłbyś, czy nie ma cię na dnie Atlantyku? — Niebiesko oka rzuciła mu ostre spojrzenie. Wiedziała, że po takich komentarzach. Matt nie da jej żyć przez kolejny tydzień, ale nie potrafiła inaczej reagować na Sandersa.
— Mack, daj spokój. — W pomieszczeniu rozbrzmiał zmęczony głos Johnsona, który właśnie przysiadał na biurku. Chłopak wyglądał, jakby nie spał, przez co najmniej tydzień, co zaniepokoiło dziewczynę. To było do niego niepodobne. Co prawda nie należał do najmilszych osób, ale zawsze tryskał energią. Posłała mu podejrzliwe spojrzenie, ale po chwili zrezygnowała, stwierdzając, że jeśli będzie chciał, sam jej powie. Swoją uwagę skoncentrowała na informatorze, który dotąd nie potwierdził, ale też nie zaprzeczył słowom Liz.
— To prawda — westchnął ciężko. — Nie mamy zupełnie nic.
— Czekaj chwilę. — Hunter momentalnie oprzytomniał. — Nie dostaliście informacji od siatki kontaktów organizacji i waszych własnych, tak? — Brunet jedynie skinął, głową, czekając na rozwinięcie wypowiedzi. — W takim razie, chyba znam kogoś, kto może nam pomóc. — Uśmiechnął się, spoglądając porozumiewawczo na Ryder. — Chyba czas odwiedzić Lupina, nie sądzisz?
Dziewczyna po chwili zastanowienia skinęła głową, uśmiechając się triumfalnie w stronę szatyna. „Zobaczymy, kto się będzie śmiał ostatni, Sanders”.
 Zanim wyszli, wyjaśnili pozostałym, że mają tam znajomego japończyka, przez którego ręce dziennie przepływają setki, jeśli nie tysiące przydatnych informacji. Jeśli już ktoś miał wiedzieć coś na temat Mendeza, jego ludzi i melin, to tylko Osamu.

***

Jack wparował do pokoju Matta jak burza, nawet nie racząc zapukać.
        — Wstawaj, nierobie cholerny — rzucił na wstępie po czym zatrzymał się w pół kroku na widok Elizabeth, wychodzącej z łazienki w samym ręczniku. Dziewczyna otworzyła szeroko oczy, na co brunet odwrócił się do niej tyłem, mamrocząc ciche „przepraszam”. Parker szybko porwała ubrania leżące na krześle i wróciła do łazienki, nie mruknąwszy choćby słowa. Chłopak odetchnął, na powrót odwracając się do blondyna, który siedział już na łóżku w samych dresach.
       — Zapomniałem, że tylko do Huntera można tak wpadać — burknął haker, drapiąc się w zakłopotaniu po karku. Matthew zaśmiał się perliście, wprowadzając go w jeszcze większą konsternację. Jack posłał mu ostre spojrzenie, po czym przewrócił oczami. — Typowy Johnson.
      — Nic się nie stało. — Usłyszał za sobą głos Liz, która właśnie weszła do pokoju, wycierając mokre włosy ręcznikiem. Usiadła na kanapie, posyłając mu krzywy uśmiech, a Matt podniósł się na równe nogi i podszedł do biurka, by się o nie oprzeć.
        — Co jest?
— Mam złe wieści. — Jack pomachał blondynowi przed nosem żółtą teczką, którą zaraz rzucił na biurko. — Przejrzałem lokacje i kontakty, które podrzucili mi wczoraj, Greyson i Ryder. Nasz cel się zabezpieczył i to nie byle jak. Zwrócił się o pomoc do Danielsa.
— Żartujesz sobie? — Matt napiął mięsnie, wpatrując się z niedowierzaniem w hakera.
— Uwierz, chciałbym, żeby to był żart.  — Westchnął ciężko, przeczesując palcami czarne kosmyki.
— Cholera jasna! — Blondyn uderzył pięścią w blat biurka, przez co Liz podskoczyła na kanapie, wlepiając w niego zaskoczone spojrzenie.
— Kim jest Daniels? — wydusiła w stronę Jacka, uważnie obserwując przy tym reakcję swojego chłopaka.
— Ten typ ma w garści jedną trzecią melin w San Francisco. — Brunet oprał się o ścianę, krzyżując ręce na piersi.
— Co znaczy, że...?
        — Co znaczy, że mamy na karku wojnę gangów podlegających tym dwóm mafiom — warknął Matt, wściekle wpatrując się w żółtą teczkę z danymi, leżącą na blacie. Nie mógł uwierzyć, że kolejny raz, Shanks z całą tego świadomością, wpakował ich w poważne bagno. Johnson był pewien, że nie puści ich po dobroci, ale mieszanie swoich najlepszych ludzi w konflikty między kartelami narkotykowymi? Tego było mu już za wiele. — Właśnie przestaliśmy hamować ten psychopatyczny duet. Od teraz zero ograniczeń, zero litości, zero wahania. Jeśli w to wejdziemy, musimy mieć na uwadze zagrożenie życia. Daniels tak łatwo nam nie odpuści.
         — Dlatego od teraz będziecie działać w dwójkach. Zresztą nie tylko działać — mruknął Jack. — Nie będziecie wychodzić z kwatery w pojedynkę, jasne? Za dużo pytaliście i ktoś na pewno już wziął was na celownik.
         — Mack i Hunter o tym wiedzą? — zapytała Liz, marszcząc brwi.
         — Już ich powiadomiłem — mruknął ponuro. — Za godzinę jadą razem do doków, poobserwować faceta, który po raz ostatni widział Forbsa i trochę powęszyć w okolicy. Wy macie się zbierać i jechać do śródmieścia, gdzie ostatnio widziano tego kolesia. Namiary macie w teczce. Tylko się nie rozdzielajcie, okej?
      Skinęli mu zgodnie głowami, dzięki czemu Jack z czystym sumieniem opuścił pokój blondyna. Ta sprawa zaczynała zakrawać o jakiś żart. Pierwszy raz Gildia wpakowała się pomiędzy dwie mafie, narażając na niebezpieczeństwo członków organizacji. Co więcej, Sanders zaczął nagle znikać na całe dnie, a Chase węszył ostatnio w pobliżu pokoju Mack. Cała sytuacja zaczynała śmierdzieć jeszcze bardziej, niż na samym początku. To nie wróżyło nic dobrego.

***

         — Możesz mi do jasnej cholery wyjaśnić, co tam robiłeś? — Mack rzuciła skórzaną kurtkę na oparcie kanapy.
Po godzinnej rozmowie z Dazaiem, wrócili do kwatery z listą nazwisk i melin, którą przekazali Jackowi. Od niego już zależało, co dalej mieli zrobić. Niestety marzenia Huntera o odpoczynku zostały zażegnane z chwilą, w której Mackenzie ruszyła za nim do pokoju.
         — Chyba doskonale zdajesz sobie sprawę z tego, co tam robiłem. — Rzucił się na niepościelone łóżko, stojące w rogu pomieszczenia. Ryder stanęła nad nim, krzyżując ręce na piersi. Miała już po dziurki w nosie jego bagatelizowania sytuacji i olewania wszystkich obowiązków.
           — Obiecałeś mi, że nie pójdziesz tam dopóki nie skończymy roboty.
         — Oj, mała. Nie bądź taka restrykcyjna — burknął przekręcając się na bok. Podparł głowę na zgiętej ręce i wlepił w nią jasne spojrzenie. — I tak nie zrobiliśmy żadnych postępów, więc czemu miałbym trochę nie zarobić.
         — Hunter, do cholery! — krzyknęła, pochylając się na nim i łapiąc w dłonie materiał szarej koszulki. — Obiecałeś!
Greyson uśmiechnął się przebiegle i łapiąc za jej nadgarstki, pociągnął na siebie. W przeciągu kilku sekund znalazł się na dziewczynie, przyciskając jej ręce do poduszki. Mack zaczęła się szarpać, więc wzmocnił uścisk i pochylił się nad jej twarzą.
           — Przepraszam, okej? Musiałem odreagować — mruknął, rozbawiony jej próbami oswobodzenia się. — I tak nic ci to nie da. Jestem silniejszy.
      — Złaź ze mnie, kretynie cholerny. — Wlepiła w niego roziskrzone spojrzenie. — To nie jest zabawne!
            — Dla mnie jest.
Mackenzie zacisnęła zęby. Z jednej strony miała ochotę przyłożyć mu w tą szczerzącą się gębę, a z drugiej nadal nie mogła pozbyć się strachu o niego. Odetchnęła głęboko, rozluźniając mięśnie.
         — Wiesz, że mogło ci się coś stać? — powiedziała cicho, odwracając wzrok. — Co by było, gdyby tamten koleś był silniejszy.
              — Ale nie był.
             — Ale mógł być! — krzyknęła, na powrót wwiercając w niego niebieskie tęczówki. — To ty mogłeś tam leżeć bez ruchu!
             — Mack? — Hunter wlepił w nią zszokowane spojrzenie. — Ty płaczesz?
Ryder zacisnęła powieki, klnąc pod nosem. Nie chciała przy nim płakać, nie chciała, żeby wiedział, jak dużo dla niej znaczył, jak bardzo się o niego bała.
          — Hej, mała, jestem tu, okej? — Puścił nadgarstki dziewczyny i oparł swoje czoło na jej, ocierając przy tym płynące po policzkach łzy. — Nic mi się nie stało.
            Nie wytrzymała słysząc tak rzadko u niego spotykany, łagodny ton. Nie mogła otworzyć oczu, nie byłaby w stanie spojrzeć w jego szare tęczówki, przepełnione troską i uczuciem, które już od kilku lat próbowała wypierać, mając na uwadze ich dobro. Wykorzystując sytuację, zepchnęła go z siebie i szybko podniosła się z łóżka. W kilku krokach dopadła kanapy skąd porwała kurtkę i ruszyła w stronę wyjścia.
            — Nie jesteś niepokonany, Hunter — mruknęła cicho, zatrzymując się w progu drzwi. — Lepiej, żebyś w końcu to zrozumiał.
Po tych słowach wyszła, zostawiając bruneta z mętlikiem w głowie.

***

           Mackenzie siedziała na stołku przy wyspie kuchennej. Próbowała wmusić w siebie chociaż kilka kęsów, ale żołądek skręcał się jej niemiłosiernie, obrzydzając uwielbiane naleśniki. Od sytuacji w pokoju Huntera, nie rozmawiała z nim, a czekała ją wspólna wycieczka do doków. Była pewna, że nie spojrzy mu w twarz, nie mówiąc o zwyczajnej rozmowie. To było ponad jej siły. Wpatrywała się w krajobraz za oknem, mrucząc z niezadowoleniem na widok zbierających się chmur. Nawet nie usłyszała, kiedy drzwi kuchenne się otworzyły.
     — Nie powinnaś być teraz w dokach? — Zesztywniała na dźwięk znienawidzonego głosu.
         — Czego chcesz? — Uniosła wzrok na Adama, opierającego się o czerwone płytki, zdobiące ściany. Szatyn uśmiechnął się przebiegle, by po chwili postawić dwa kroki w przód i zacisnąć dłoń na jej szyi. Uniósł rękę, czym zmusił ją, by wstała i wbił w nią chłodne spojrzenie.
            — Może grzeczniej, dziwko? Radziłbym uważać na to, co mówisz.
         — Bo co mi, do kurwy nędzy zrobisz, popaprańcu? — wycedziła przez zęby, wbijając paznokcie w jego rękę. — Dosłownie każdy może usłyszeć teraz mój krzyk.
         — Zawsze mogę znaleźć miejsce, w którym twój chłoptaś cię nie znajdzie. — Jego uśmiech przyprawił ją o dreszcze. — Zapomniałaś już, że wtedy ocalił cię cud?
        Pamiętała. Doskonale pamiętała każde słowo, każdy ruch, każdy odrażający dotyk. To wtedy po raz pierwszy w swoim życiu była przerażona do granic możliwości. Wiedziała, że gdyby nie przypadkowe wparowanie Huntera do jej pokoju, nie pozbyłaby się traumy do końca życia.
             — Zabieraj łapę, popierdoleńcu — warknęła, szarpiąc jego ręką z całej siły.
         Adam puścił ją, cofając się o krok, jednak uśmiech nie schodził mu twarzy, gdy Mack pocierała obolałą szyję. Otworzył usta, chcąc jeszcze coś dodać, ale wtedy drzwi otworzyły się, a nich stanął Greyson. Gdy tylko zrozumiał, co się dzieje, stanął pomiędzy Sandersem a dziewczyną, piorunując szatyna wzrokiem.
             — Spierdalaj — warknął, napinając mięśnie.
             — Czego toczysz pianę? Przecież my tylko tu sobie rozmawialiśmy.
             — Powiedziałem, spierdalaj — syknął, mrużąc powieki.
             — Dobra, dobra. — Adam uniósł ręce, cofając się o krok. — Już mnie tu nie ma.
            — Jeśli jeszcze raz zobaczę cię w jej pobliżu, pożałujesz, że się urodziłeś — wycedził przez zęby, obserwując jak szatyn z uśmiechem opuszcza pomieszczenie. Kiedy zatrzasnął drzwi, odwrócił się w stronę zszokowanej dziewczyny.
   — Wszystko w porządku? — zapytał, przybliżając się do niej.
Gdy Mackenzie skinęła mu głową, rozluźnił się i przyciągnął ją do siebie, obejmując ramionami. Dziewczyna mimowolnie wtuliła się w niego czując, że dłużej nie powstrzyma drżenia. Adam był jedynym człowiekiem, który samymi słowami mógł doprowadzić ją do takiego stanu. Nienawidziła się za tą słabość, ale taka była rzeczywistość. Przeszłość związana z Sandersem, nie dawała jej spać po nocach i tylko Hunter wiedział, jak straszna była.
        — Dziękuję — wyszeptała w końcu, nadal chowając twarz w czarnej bluzie.
— Już wtedy obiecałem, że nic ci nie zrobi, pamiętasz? — mruknął, opierając brodą na jej głowie. — Dotrzymam tego słowa.
        Mack tylko bardziej wtuliła się w chłopaka, pozwalając mu trzymać się w ramionach jeszcze chwilę. Chociaż nigdy dobrowolnie by się do tego nie przyznała, czuła się przy nim bezpiecznie. Wystarczyło jedno jego spojrzenie, żeby poczuła się pewniej, jedno słowo, żeby poprawił się jej humor, jeden gest, żeby wprawić ją w zakłopotanie.
       Hunter oddychał spokojnie, wpatrując się w szare niebo za oknem. Miał ochotę poznać twarz Adama z szorstkim asfaltem, ale wiedział, że Mack go teraz potrzebowała. Żałował, że nie zatłukł tego śmiecia, kiedy miał okazje, a miał ich sporo. Adam często pojawiał się w Kryptach. Wystarczyło po prostu zejść na arenę i rozwalić jego głowę o kamienne ściany. To jednak oznaczałoby kłopoty w Gildii, a tego Hunter musiał unikać za wszelką cenę, jeśli chciał się wydostać z rąk Shanksa. Mógł jedynie mieć tego popaprańca na oku i pilnować bezpieczeństwa Mackenzie.

***

Od ponad godziny siedzieli w niedużej kawiarence, uważnie obserwując ludzi wchodzących i wychodzących z małego sklepiku z pamiątkami, znajdującego się po drugiej stronie ulicy. Informator Huntera powiadomił ich, że to zwykła przykrywka interesu Danielsa, a ich cel miał się tam pojawić z dostawą kokainy.
— Myślisz, że Forbs się tu dzisiaj zjawi? — Zagaiła Liz, mieszając słomką zamówiony koktajl.
— Kto wie? — westchnął Matt, rozpierając się wygodniej na krześle. — Może będziemy mieć szczęście. Jeśli się tu pojawi znaczy, że Jack dorwał dobrą bazę danych i na spokojnie będziemy mogli zaplanować akcję.
— Oby tak było — mruknęła markotnie, patrząc na spokojną ulicę. — Mam już dość tego błądzenia. To po prostu śmieszne, że jedna mała płotka, została tak zmyślnie ukryta przez Danielsa. Żeby nawet nasze kontakty nic nie wiedziały? To już po prostu żart.
— Tsaa — wymamrotał blondyn, ziewając ukradkiem. — Mam już tego po dziurki w nosie. Jeśli to nie ten trop to już nie wiem co... — zamilkł nagle, prostując się na krześle.
— Matt?
Ten nic nie mówiąc, wskazał na mężczyznę, wychodzącego ze sklepiku. Liz wytrzeszczyła oczy, łapiąc w dłoń komórkę. Szybko znalazła zdjęcie Forbsa i spojrzała jeszcze raz na oddalającego się mężczyznę.
— To on — mruknęła i wstała, zakładając na ramiona bluzę.
— Jakim cudem nie zauważyliśmy, kiedy wchodził do środka? — Matt zostawił na stoliku pieniądze i ruszył za El do wyjścia. — Wszedł tyłem?
— W takim razie, dlaczego wyszedł przodem? — warknęła, nie spuszczając wzroku z bruneta.
— Nie mam pojęcia. — Blondyn zmarszczył brwi, wymijając kolejnego przechodnia. — To śmierdzi na kilometr.
Przeciskali się między ludźmi podążając w ślad za Forbsem, coraz bardziej  zbliżając się do śródmieścia. Coś im nie pasowało w zachowaniu tego faceta. Co chwilę zmieniał uliczki, wprowadzając ich w ciemne zakamarki San Francisco. Gdy przyspieszył, Matt warknął pod nosem robiąc to samo. Liz zmarszczyła jednak brwi, uświadamiając sobie jedną rzecz. Facet wiedział, że był śledzony. Biorąc pod uwagę fakt, że nie odwrócił się w ich stronę ani razu, musiał zauważyć ich w sklepiku. Liz poskładała wszystkie fakty, gdy zauważyła gdzie się kręcą. Zaklęła pod nosem, gdy Forbs zaczął biec w stronę jednej z melin Danielsa. Dopadła do Matta, zanim zrobił to samo i szarpnęła nim w tył.
— Co ty wyprawiasz? — warknął, chcąc się jej wyrwać, jednak ta mocniej wbiła paznokcie w jego ramię.
— Uspokój się, do cholery — syknęła, ciągnąc go w przeciwnym kierunku. — On wiedział, że go śledzimy, to pułapka.
— Co ty gadasz? Jaka pułapka. Przecież nas nie widział.
— Matt, pomyśl trochę. Zapomniałeś, co mówił Jack? Ten facet musiał nas zauważyć przez szybę. Okna sklepiku były przyciemniane, ale kawiarni już nie. Gość który stał za ladą, musiał mu powiedzieć, że siedzimy tam od godziny i obserwujemy klientów. — Blondyn wlepił w nią spojrzenie, by po chwili przymknąć powieki i warknąć z irytacją.
— Cholera jasna, strąciłem czujność — burknął, uderzając pięścią w ścianę budynku. — Co teraz zrobimy?
— Nic — odparła Liz, ciągnąc go w stronę głównej ulicy. — Wracamy do kwatery. Wiemy, że Jack wyłapał dobrą bazę danych. O to nam chodziło.
Johnson westchnął ciężko, ale przytaknął dziewczynie i ruszył za nią z powrotem ku kawiarni.

***

Mackenzie miała dość. Chodzili po dokach od ponad trzech godzin, a i tak niczego się nie dowiedzieli. Facet, którego mieli śledzić, też nie okazał się zbyt interesującą osobą. Koniec końców nie wytrzymała i mimo protestów Huntera, jak i obietnicy złożonej Jackowi, zostawiła bruneta w innej części portu, zabraniając wracać za nią. Musiała odsapnąć i poskładać myśli do kupy. Im dłużej to trwało, tym bardziej poszukiwania działały jej na nerwy. Westchnęła ciężko i przystanęła na środku pustej, brukowanej drogi, biegnącej wzdłuż przystani. Liczyła na to, że chociaż Liz i Matt się czegoś dowiedzą.
Gdy tak stała zamyślona, wlepiając wzrok w rozgwieżdżone niebo, dobiegł do niej odgłos kroków. Zirytowana odwróciła się, mając zamiar przywalić swojemu partnerowi w twarz, jednak zamiast przystojnej buźki Huntera, zobaczyła dwóch mężczyzn z czarnymi maskami na twarzach. Gdy ich wzrok wylądował na jej osobie, Ryder w mig pojęła, o co się rozchodzi. Bez namysłu rzuciła się do ucieczki, z nadzieją, że Hunter jest bezpieczny, albo chociaż w porę dostrzegł zagrożenie.
Greyson jednak wcale nie był tak daleko, jak się jej wydawało. Po kilku minutach spaceru zawrócił w jej stronę, nie widząc sensu w dalszym kręceniu się po dokach. Gdy zobaczył biegnące sylwetki na nabrzeżu, stanął jak wryty. Zauważył że to była Mack. Mack uciekająca przed jakimiś typami. Zaklął pod nosem i rzucił się w pogoń, w myślach powtarzając tak wyszukaną wiązankę, że nawet w najgorszych rynsztokach zatykano by sobie uszy. Widział, jak dziewczyna w amoku skręca w coraz to nowe uliczki, by po chwili pojawić się na powrót na głównej drodze. Wiedział, co kombinowała i miał tylko nadzieję, że zdąży tam dobiec przed tymi typkami.

*

Ryder próbowała dotrzeć do latarni, po drugiej stronie zatoki, jednak była to odległość około dwóch kilometrów, a mężczyźni zadawali się coraz bardziej przyspieszać. Czuła, że zaczyna tracić na szybkości i wysoka budowla zdawała się jej być bardziej odległa, niż w rzeczywistości. Odwróciła się za siebie, chcąc ocenić swoją przewagę. To był jej pierwszy i ostatni błąd. Gdy zauważyła brak jednego ze ścigających, było już za późno. Poczuła tylko mocne uderzenie w bark i przejmujące zimno, gdy jej skóra zetknęła się z lodowatą wodą. Zaczęła w panice machać rękami, jednak woda już dawno się nad nią zamknęła nie przepuszczając przez swoją taflę praktycznie żadnego światła. Mack próbowała machać nogami, jednak mięśnie, zmęczone po szybkim biegu, odmawiały jej posłuszeństwa. Pruła chaotycznie wodę rękami, ale czuła tylko, jak opada coraz niżej. Powoli zaczynało brakować jej powietrza. Płuca coraz bardziej bolały, palce kostniały z zimna, a powierzchnia jedynie się od niej oddalała. W końcu odpuściła walkę, tracąc resztki świadomości. Ostatnie, co zarejestrowała, to czyjaś sylwetka nurkująca w przejmująco lodowatych wodach zatoki.

*

Hunter był już blisko, kiedy Mackenzie została zepchnięta do wody. Wiedział, że nigdy nie była dobrą pływaczką, a teraz osłabiona przez wysiłek, nie miała szans wygrać z żywiołem. Widział też, jak dwójka typów, którzy ją gonili, znika za zakrętem. Miał ochotę pobiec za nimi i ich pozabijać, ale ważniejsze było życie Mack. Zaklął siarczyście z rozpędu skacząc w czarną toń.
Wstrząsnął nim dreszcz, gdy jego skóra zetknęła się z wodą, jednak zacisnął zęby i dalej płynął w dół, chcąc jak najszybciej wyciągnąć dziewczynę na brzeg. Widział jak Ryder uporczywie starała się podpłynąć w górę, jednak nagle zaprzestała jakiegokolwiek ruchu, łapiąc dłońmi za gardło. Hunter zrozumiał, że rozpaczliwie próbuje zachować powietrze, które jeszcze gdzieś tliło się w jej płucach. Przyspieszył ruchy, mając nadzieję, że dopłynie do niej na czas. Przeraził się, gdy zobaczył, że straciła przytomność. Objął ją w talii i zaczął pracować mocno nogami, chcąc jak najszybciej wynurzyć się na powierzchnię. Po czasie nie dłuższym niż minuta, wyciągnął dziewczynę na brzeg, od razu zaczynając sztuczne oddychanie. Jednak sekundy leciały nieubłaganie, a dziewczyna nadal nie dawała znaku życia. Hunter zaczął w panice krzyczeć o pomoc, pomiędzy wdechami. Nie mógł jej stracić. Nie potrafiłby się z tym pogodzić. Gdyby nie ta dziewczyna, skończyłby w jakiejś melinie ćpunów albo dawno pozwolił się zabić na arenie. To ona jako pierwsza wbiła mu do głowy, że życie trzeba szanować, nie ważne, jak spieprzone by nie było. Nie zasługiwała na taką śmierć.
— Cholera jasna, Ryder, nie umieraj mi tu — warknął, uparcie uciskając klatkę piersiową dziewczyny. — Nie umieraj, jako własność tego sukinsyna, Mack!
Gdy już zaczynał opadać z sił, dziewczyną wstrząsnął dreszcz. Zaczęła kaszleć, wypluwając wodę, nagromadzoną w płucach. Gdy przez Huntera przepłynęła pierwsza fala szoku, pomógł jej usiąść, opierając dziewczynę o swoją klatkę piersiową i odetchnął z ulgą, opierając czoło na jej ramieniu.
— Ja pierdole — Objął ją i przyciągnął bliżej siebie. — Nigdy więcej mi tak nie rób dziewczyno. Inaczej sam cię ukatrupię. Rozumiesz? Ukatrupię.
Dziewczyna w odpowiedzi uderzyła go lekko w ramię, zajęta normowaniem oddechu.




Od autorki: I ponownie witam z nie tym opowiadaniem, na które czekacie. Wiem o tym i strasznie przepraszam, ale ta kwalifikacja to zło wcielone, więc nadal nic nie piszę skupiając uwagę na procesach produkcyjnych i innych logistycznych bzdetach z zakresu A.30. Za tydzień wstawię ostatnią część tej historii i potem biorę się ostro do roboty. W końcu wakacje to masa czasu ^^
Pozdrawiam ciepło i do następnego.

PS. Wybaczcie świrujące akapity ale blogger nie daje żyć w tej kwestii -.-