music

sobota, 26 sierpnia 2017

3.Devil Paradise

Z uśmiechem na ustach weszłam do domu, rzucając przy tym torbę w kąt przedpokoju. Z racji panującej ciszy uznałam, że Nymeria musiała spać na górze. W innym przypadku zostałabym zaatakowana przez wielką, brązową kulkę nieokiełznanej energii już na wejściu. Zaśmiałam się pod nosem i odwiesiłam na wieszak kurtkę.
Może i widok samochodu Hiro nie był tym, co chciałam zobaczyć na dzień dobry po powrocie, ale za nic nie potrafiłam pozbyć się dobrego humoru. Wyszczerzona jak idiotka weszłam w głąb domu, mając zamiar ruszyć prosto do lodówki, ale momentalnie się zatrzymałam, gdy przy kuchennym blacie zobaczyłam swojego brata, odwróconego do mnie tyłem. Mina mi zrzedła na myśl o konfrontacji z nim, a jeszcze mniej mi się to spodobało, gdy uświadomiłam sobie, że widział mnie z Uchihą przez duże okna w salonie. Świetnie, po prostu, kurwa, świetnie.
Z niemrawą miną i sknoconym w dosłownie pięć sekund humorem, ruszyłam do kuchni. Przeszłam obok brata i jak gdyby nigdy nic, wyciągnęłam z lodówki pepsi. Z szafki obok porwałam paczkę chipsów i odwróciłam się na pięcie, z zamiarem wyjścia, ale wtedy spojrzałam na Hiro.
Siedział przy wyspie, z tym swoim przeszywającym wzrokiem, utkwionym we mnie i szklaneczką czystej w ręce. Jak zwykle po robocie zresztą. Spojrzałam na niego w dokładnie taki sam sposób, jednocześnie szukając możliwej drogi ucieczki. Średnio widziało mi się z nim rozmawiać.
— Coś nie tak? — powiedziałam ostrzej, niż zamierzałam.
— Absolutnie nic — wymamrotał cicho, po czym pociągnął większego łyka, nadal nie spuszczając ze mnie oczu.
Zmrużyłam swoje, prychnęłam pod nosem i ruszyłam w stronę schodów, ale wtedy Hiro z hukiem odstawił na blat szklankę. Odwróciłam się za siebie, napotykając zimne, piwne oczy.
— Znowu szlajasz się po mieście z facetami. — Ponury głos rozbrzmiał w pomieszczeniu, a mnie nagle odechciało się dosłownie wszystkiego. — I to jeszcze z Uchihą.
— O ile dobrze pamiętam, nie jestem twoim pierdolonym problemem — warknęłam, zaciskając palce na butelce. — To, co się ze mną dzieje, nie powinno cię obchodzić.
— Czy powiedziałem, że mnie to obchodzi? — Dobra, auć. Może i się przyzwyczaiłam, ale bez przesady. Ze stali nie byłam, a to był mój brat. Brat-skurwiel. — Ale jakby nie patrzeć, ludzie gadają i nie widzi mi się kolejny raz przeżywać twojej depresji.
— Nie wtrącaj nosa w nie swoje sprawy, Hiro. — Zmrużyłam gniewnie powieki. — Będę robić, co mi się żywnie podoba. Nie twoja broszka rządzić moim życiem.
— Nie pyskuj smarkulo, bo...
— Bo, co mi do cholery zrobisz? — wycedziłam. — Uderzysz? Myślisz, że to ci pomoże? Czy to ci kiedykolwiek pomogło? Nie wydaje mi się, więc z łaski swojej, racz zamknąć gębę na cztery spusty w mojej obecności i używać mózgu.
Kilkoma susami znalazł się przy mnie i zacisnął rękę na mojej szyi, jednocześnie przygważdżając mnie do ściany. Przybliżył twarz do mojej i spojrzał mi prosto w oczy.
— Będę robił, co będę chciał, a ty zacznij się zastanawiać, z kim próbujesz toczyć wojnę, głupia siostrzyczko. — Mówił to z jadem w głosie, coraz mocniej zaciskając rękę. — Nie masz szans na wygraną.
Puścił mnie i po chwili zniknął za drzwiami przedpokoju, dzięki czemu mogłam zaczerpnąć powietrza. Minutę później odezwał się silnik, a ja odetchnęłam ciężko, próbując przywrócić oddech do normy. Kucnęłam i odłożyłam, co miałam w rękach, opierając je na podłodze. Najgorsze było to, że mogłam w spokoju przypierdolić tą cholerną butelką w jego pusty łeb i uciec do... Właściwie dokąd? Sąsiadów? Pani Mashimy? Staruszka Kizashiego? Nie, u tej dwójki nie miałam co szukać pomocy. Może i mnie lubili, ale żadne z nich nie stanęłoby mojemu bratu na drodze. A może miałam uciekać do Uchihy? Prychnęłam, porywając z podłogi prowiant i ruszyłam do swojego pokoju. Ten dupek może i był silniejszy, ale po pierwsze – nic by nie zrobił, bo i po cholerę miałby się za mną wstawiać i po drugie – nie miałabym po co wracać do domu, a Nymeria mogłaby skończyć źle.
Nie wiedziałam, co się z nim działo, ale wyraźnie to coś odreagowywał na mnie. Jeśli się tak dobrze zastanowić, to Hiro przekraczał od dłuższego czasu granice, ale tylko w słowach. Zaklęłam siarczyście pod nosem, rozmasowując szyję. To był pierwszy raz od ponad roku, gdy zaatakował mnie tak agresywnie. Nienawidził Uchihy, a widok nas razem, śmiejących się, musiał dać mu do wiwatu. Ten zidiociały palant musiał się wkurzyć i oczywiście to mi się oberwało. Kolejny znak, że nazwisko Uchiha nie znaczyło nic dobrego. Tego stwierdzenia trzymałam się zawsze i nadal powinnam. Jeden głupi dzień niczego nie zmieniał. Uchiha na zawsze pozostanie Uchihą.

*

Około dwudziestej stanęłam przed starą kamienicą, w której piwnicach znajdował się jeden z niewielu istniejących w tym miasteczku klubów. Weszłam po nagryzionych zębem czasu, betonowych schodach i przywitałam się z Ito, wysokim, napakowanym gościem, robiącym tu za bramkarza. Brunet skinął mi głową i otworzył drzwi, więc ruszyłam słabo oświetlonym korytarzem w głąb budynku, by zejść w dół schodami. Już na górze usłyszałam dobrze mi znany riff gitarowy i nie mogłam powstrzymać głupiego uśmieszku. W końcu Naruto nie przeżyłby choćby jednej swojej zmiany przy konsoli, bez puszczenia tej piosenki. Schodziłam więc do sali przy dźwiękach „Paradise City”, przygotowując się mentalnie na krótką wojnę z Kenjim. Spóźniłam się dobre pół godziny i ten kretyn na pewno nie miał zamiaru zostawić tego bez słowa.
Gdy już znalazłam się w barze, gdzie Uzumaki za konsoletą podśpiewywał sobie refren piosenki Gunsów, a mały tłum podrygiwał na parkiecie, rozejrzałam się, zauważając kilku znajomych przy barze. Pomachałam do nich, puszczając przy okazji oczko Bee, barmanowi, który chyba już z milion razy próbował wygrać ze mną w pokera. Próbował. Gdy przeniosłam wzrok na stoliki ustawione pod przeciwległą ścianą, od razu rzuciły mi się w oczy te szare kłaki i ich właściciel, jak zwykle z papierosem w tej parszywej gębie. Nie żebym miała cos przeciwko. Żadna ze mnie hipokrytka. Szare tęczówki nagle spojrzały wprost na mnie i już wiedziałam, że będzie miał problem. Przez to irytujące spojrzenie, dopiero po chwili zakodowałam, że nie jest sam. Przewróciłam oczami na widok dwójki siedzących z nim blondynów. Yumi i Dei, jak zwykle nierozłączni. Z uśmiechem na twarzy zaczęłam przedzierać się w ich stronę. Nawet brat nie mógł mi popsuć humoru, więc trucie dupy w wykonaniu Kenjiego to był pikuś.
— Co tam popaprańcu? — Usiadłam obok niego, zarzucając mu rękę na szyję i przyciskając jego twarz do stołu. Papieros mało co nie wypadł mu z gęby, ale zreflektował się w porę, skubany. — Czego krzywisz mordę? Myślałam, że się za mną stęskniłeś.
— Jasne — prychnął, mimo to szczerząc zęby w uśmiechu. — Już dawno nie dostałaś ode mnie pod dupie, demonie.
— Za co niby tym razem?
— Tak dla zasady. — W jednej chwili zamieniliśmy się miejscami i to ja zostałam przyciśnięta twarzą do blatu. Sprytna bestia.
— Wiesz, że jeśli dotkniesz mojego tyłka, żywy stąd nie wyjdziesz, prawda? — Spojrzałam na niego ostrzegawczo kątem oka. Kenji tylko pokiwał głową, uśmiechając się pod nosem i puścił mnie, opierając się wygodnie o drewnianą ławę. Tęskniłam za tym frajerem.
— Zaczynam się zastanawiać, czy w ogóle przyznawać się do znajomości z wami — mruknął Dei, przerzucając wzrok to na niego, to na mnie.
— Oj nie marudź, Kita. — Wyszczerzyłam się, opierając stopy o deskę łączącą nogi stolika. — Przynajmniej alkohol masz tu za darmo.
— Fakt. Zawsze to jakiś plus — prychnął blondyn z uśmiechem, za to Yumi dosłownie mordowała mnie wzrokiem. Eeee, ups?
— Miałaś nie namawiać go do chlania. — Wyłożyła się na blacie, patrząc na mnie spod byka. — Zabiję cię kiedyś.
— Też cię kocham. — Puściłam jej oczko i pomachałam do Saia, kiedy przechodził niedaleko z tacą. — Cztery piwa, Shimura!
— Po wyścigach, dzieciaku! — odkrzyknął, zanim w ogóle raczył ruszyć dupę do naszego stolika.
— Są dzisiaj wyścigi? — Wwierciłam wzrok w Kenjiego.
— A myślałaś, że dlaczego na tym stole nie ma procentów? — parsknął, wrzucając peta do popielniczki. — Za godzinę mamy rajd, diablico.
— Nie mogłeś tak od razu? — wymruczałam, kładąc głowę na zgiętych kolanach. — Godzina bez choćby jednego piwa? Łamiesz mi serce ruska mendo.
— Ej, ej, ej. Tylko nie ruska. — Zmrużył powieki. — Mam dość tych popierdoleńców na dzisiaj.
— Robota? —Yumi skrzyżowała ręce pod brodą, nadal nie podnosząc się z blatu.
— Tsa, mam dość. — Uderzył czołem o blat stolika, zwieszając luźno ręce. — Nigdy więcej nie jadę załatwiać czegokolwiek w porcie Hayazaki. Następnym razem poślę tam Hiro. On przynajmniej gada po angielsku i rosyjsku jak ty. — Trącił moje ramię pięścią, po czym podniósł się do siadu. — Ten palant by się z nimi dogadał.
— Tak właściwie, to co Hiro załatwiał całą noc? — burknęłam, patrząc podejrzliwie na przyjaciela. — Kiedy wróciłam do domu, nie wydawał się zbyt szczęśliwy.
— Znowu coś odwalił?
— Marudził, że rozmawiałam z Uchihą — wymamrotałam, zanim ugryzłam się w język, więc uderzyłam głową o swoje kolana. A dlaczego?
— Gadałaś z Itachim?! — A kurwa, dlatego. Westchnęłam ciężko i podniosłam wzrok. Yumi i Dei wpatrywali się we mnie jakbym była jakąś zjawą, z mózgiem wylewającym się przez uszy.
— No i co? — warknęłam, mordując ich wzrokiem.
— Jak to, co? — Blondyn skrzyżował ręce na piersi i uśmiechnął się tak przebiegle, że wiedziałam, iż za chwilę będę miała przemożną ochotę przywalić w jego parszywą mordkę. Jednak zanim zdążył cokolwiek wykrztusić, mój kochany chochlik zdążył zasłonić mu usta ręką.
— Jak chcesz pożyć, siedź cicho — mruknęła, zerkając na mnie znad ramienia.
— Mądre posunięcie, Yumi. — Pokiwałam głową z politowaniem. — A zmieniając temat. Nie wiesz, kiedy mój cholerny braciszek przestanie zgrywać bosa mafii i ogarnie dupę zanim wpakuje się w jakiś konflikt z tymi rosyjskimi kurwikami?
— A co ja? — warknął Kenji, mrużąc na mnie oczy. — Jego niańka? Ten skurwiel nie wie, kiedy skończyć. Prędzej da się wkręcić w handel ludźmi, niż da sobie przemówić do rozumu.
— Tak myślałam.  — Westchnęłam ciężko. — Ten idiota naprawdę zostawił mózg w Stanach. Chociaż tam też niewiele go używał.
— Nie wiem, co mu odpierdala, ale ostatnio zrobił się agresywny. — Deidara skrzyżował ręce na piersi, marszcząc przy tym brwi. Pochylił głowę, przez co te blond kłaki praktycznie uniemożliwiły mi widoczność na jego twarz. — Znaczy bardziej niż zwykle. Miał ostatnio po treningu problem do Skorpiona, a kiedy Itachi kazał mu zawrzeć dupę, doskoczył do niego i o mało nie rozwalił jego głowy o umywalkę. Gdyby Łasica nie zareagował dość szybko pewnie skończyłby z pakietem szwów.
— Zareagował? — Uniosłam brwi, wyobrażając sobie w jaki sposób mógł zareagować. Jakby nie patrzeć, nie widziałam żadnych sińców na twarzy Hiro,
— Zasadził mu cios w brzuch, a Kisame go odciągnął i razem wywalili go z szatni.
— To dlatego tak zareagował — wymruczałam do siebie, przypominając sobie jego zachowanie. Teraz rozumiałam, dlaczego tak się wściekł. Dostał po dupie i chciał odreagować, a wychodzi na to, że w robocie nie miał jak. No i padło na mnie.
— Na co zareagował? — Cholera jasna. Zapomniałam, że Kenji nie przepuści mi ani słowa.
— Widział, jak wracałam z tym palantem ze szkoły i no cóż, odreagował. — Wzruszyłam ramionami, nie do końca obecna duchem przy stole.
— Odreagował?! — Podskoczyłam na siedzeniu, gdy cała trójka wydarła się patrząc na mnie z przestrachem. Ktoś mi może wyjaśnić, jakim cudem aż tak dobrze się zgrali?
— Nic mi nie zrobił, okej? Tylko lekko poddusił.
— To nazywasz niczym? — Yumi prychnęła pod nosem, wwiercają we mnie oczy. — Zaatakował cię, a ty stwierdzasz, że nic się nie stało?
— Dobrze wiesz, że robił gorsze rzeczy. — Powiedziałam to ostrzej niż zamierzałam, ale najwyraźniej poskutkowało, bo Sasaki tylko przewróciła oczami, opierając się na powrót o ławę. — Nie ważne. Możemy zmienić temat? Jakoś nie widzi mi się gadać o tym cholernym idiocie.
— Jeszcze do tego wrócimy, Yorumi. — Kenji zmierzył mnie surowym spojrzeniem, ale już więcej nie pisnął na ten temat słowa, za co byłam mu wdzięczna. Nie miałam ochoty rozgrzebywać problemów emocjonalnych mojego brata.

***

Tęskniłam. Ryk silników, zapach benzyny, pełno ludzi i te piekielne maszyny. Na parkingu za kamienicą, w której znajdował się klub, raz na ruski rok, czyli o wiele za rzadko na moje, organizowane były krótkie wyścigi. Raz samochody, raz motory. Zależy jaki kaprys miała ta cholerna dwójka, zarządzająca imprezą. Naruto i Sai, którzy zbierali właśnie zakłady obok linii startu, byli zapalonymi rajdowcami. Już za dzieciaka ścigali się wszystkim, co dostało się w ich łapy, w tym raz udało im się podwędzić auto ojca Naruto. Do teraz nie miałam pojęcia, jakim cudem przeżyli wypadek, który spowodowali, a później napad szału Kushiny. Na swoje nieszczęście prowadziłam się wtedy z tymi ułomami, więc i mi się oberwało. Od tamtej pory unikałam wszystkiego, co mogło sprowadzić na mnie gniew matki Uzumakiego. Ta kobieta potrafiła zmienić się w demona w przeciągu chwili.
Rozejrzałam się po ludziach, z zadowoleniem zauważając brak braci Uchiha. Miałam na dzisiaj serdecznie dość rewelacji z nimi związanych, a o wiele łatwiej unikało się kogoś, kogo się nie widziało. Dobra moja, że i Hiro gdzieś się zawieruszył. Kolejny kłopot mniej.
— Oddawaj żelki albo nie ręczę za siebie! — Odwróciłam się do przyjaciół, na dźwięk głosu Yumi i zaraz parsknęłam śmiechem. Deidara właśnie unosił nad głową paczkę żelków misiów, a chochlik próbował bezskutecznie do nich doskoczyć.
— Ani mi się śni. — Iwasaki uśmiechnął się wrednie i spałaszował kolejnego misia, co skutkowało fochem Yumi.
Wywróciłam oczami i podeszłam do swojego motoru, który kurzył się od trzech miesięcy w garażu, a który oczywiście jakimś cudem z niego zniknął, znając życie za sprawą Kenjiego i jego zapasowych kluczy. Wsiadłam na maszynę. Zdecydowanie za długo tego nie robiłam. Podjechałam na linię startu i cierpliwie zaczekałam na Kenjiego. Kiedy Yumi wyszła na ulicę, skupiłam wzrok na jej rękach, by równo z ich opuszczeniem ruszyć, wciskając gaz do dechy.

***

Ktoś mi może wyjaśnić, co mnie pokusiło, żeby tu przyjść? Nie lubiłem domówek. Typowa, szczeniacka impreza, specjalność Inuzuki. Pełno ludzi, których nie znam, masa z imprezowiczów kończyła zarzygana gdzieś w krzakach na tyłach ogrodu, a co piąta panienka próbowała mnie zaciągną na górę, do byle którego wolnego pokoju. Choćby był to pierdolony kibel. A jednak, byłem tam. Siedziałem na kanapie w salonie Inuzuki, z drinkiem w ręce i starałem się zachować pozory. Dlaczego? Sam nie wierzę, że to prawda, ale byłem tam tylko dlatego, że Nateko też miała tam przyjechać po wyścigach w Devil.
Około dwudziestej pierwszej przy wejściu zrobił się hałas, po czym do środka wtłoczyło się kilka osób. Wśród nich zauważyłem Uchodźcę, Deia, Sasaki i tego cholernego gościa z Panter. Yoshida mnie nie lubił, zresztą z wzajemnością i mógłbym przysiąc, że nie raz miał ochotę mnie zatłuc.
— No Yoru, nooooo — jęczał Nateko nad uchem dźgając ją w ramię. — Przestań się boczyć. Przecież nic takiego się nie stało.
— Dałeś mi wygrać, kretynie — warknęła, gromiąc go spojrzeniem. — To się stało.
— Oj no przestań — marudził dalej. To wyglądałoby dosyć komicznie, gdyby robił to ktoś inny. Nie trawiłem Yoshidy i tej jego mini mafii. Do teraz nie rozumiałem, dlaczego Sasuke się w to zamieszał.
Uchodźca, razem z całą paczką ruszył w stronę barku, gdzie zauważyłem kilku innych członków Panter. Yorumi przyjaźniła się z Kenjim i całym tym gangiem od kiedy tylko pamiętałem. Wyglądali jak jedna wielka, popieprzona na maksa rodzinka, z nią samą na czele. Po tym jak przywitali się z wszystkimi, chwilę porozmawiali, po czym zdzieliła Yoshide w tył głowy i ruszyła w kierunku kuchni, co również oznaczało przejście tuż obok naszej kanapy. Kenji powlókł się tuż za nią, mamrotając coś pod nosem, ze wzrokiem pełnym pretensji, utkwionym w jej plecach.
— A ze mną to już się nie przywitasz? — Inuzuka wstał, kiedy Nateko się zbliżyła. Zatrzymała się na dźwięk jego głosu i odwróciła w naszą stronę, po czym podeszła do szatyna i przybiła mu piątkę.
— Co tam, Kieł? — Wyszczerzyła się do niego, krzyżując przy tym ręce na piersiach. — Całkiem niezła ta twoja impreza
— Jak zwykle. — Zaśmiał się, szczerząc przy tym równiutkie zęby. Yorumi również się uśmiechnęła. Jednak mina zaraz jej zrzedła, gdy jej wzrok wylądował na mnie. Stanęła w bezruchu, wpatrując się we mnie, jakbym był jakimś potworem z bagien.
— Co on tu robi? — Wskazała na mnie, kierując to pytanie do Inuzuki, po czym nie czekając na odpowiedź, skierowała na mnie oczy. — Jaka cholera cię tu przygnała? Ty nie lubisz takich imprez.
— Może się nawracam? — zasugerowałem, patrząc jak niedowierzanie wypełnia jej oczy. — Czasem trzeba wyjść do ludzi.
— Nie rozśmieszaj mnie, Uchiha — parsknęła. — Ty nie opuszczasz swojej pieczary, jeśli nie musisz, a te zdziry i tak wchodzą tam same.
— Zazdrościsz im? — Bezczelny uśmiech wypłynął na moją twarz, za to na jej czole pojawiły się bruzdy, gdy zmarszczyła brwi.
— Ile razy mam powtarzać, że twoją wykałaczką, to można co najwyżej wydłubać kawałek mięsa spomiędzy zębów?
— Próbowałaś? — Hidan wyszczerzył się do dziewczyny.
— Nie trzeba próbować. — Posłała mu chłodne spojrzenie. — Wystarczy otworzyć okno.
— Yoru, odpuść. — Yoshida wciął się ni stąd ni zowąd, jakby nagle budząc się z letargu. Z tym gościem było coś serio nie tak.
Dziewczyna wywróciła oczami, ale kiwnęła Kibie głową i zaraz zniknęła za drzwiami palarni. Po kilku minutach, zobaczyłem, jak z kwaśną miną wraca do salonu i kieruje się do prowizorycznego barku, tym razem okrążając naszą kanapę jak największym łukiem. Zaraz po szybkim drinku zaciągnęła Yoshide na parkiet, gdzie od początku Sasaki rozbijała się z Kitą. No proszę, a mógłbym przysiąc, że Dei nie cierpi tańczyć. Nie wiedziałem ile tak ją obserwowałem, zanim Inuzuka ściągnął na siebie moja uwagę.
— Niezła z niej laska. — Skierowałem na niego wzrok i w tamtej chwili mógłbym przysiąc, że Kiba wgapiał się w tyłek Nateko tak, jak Akamaru patrzył na kawałek mięsa.
— Nie radzę — mruknąłem, obserwując, jak dziewczyna czmycha przed rękami Yumiko i idzie do kuchni. No tak, znowu papieros. — Prawdopodobnie zginiesz na miejscu zanim zdążysz się odezwać.
— Spróbować nie zaszkodzi — stwierdził, po czym skrzyżował ręce za głową, uśmiechając się półgębkiem. — Jak nie ta, to inna. W sumie wybór mam duży.
Puścił do mnie oko, po czym ruszył swój leniwy tyłek, kierując się do bufetu.

*

Po dobrej godzinie obserwacji, musiałem przyznać, że Nateko miała mocną głowę. Piła drinka za drinkiem, a najwyraźniej trzymała się lepiej od Yoshidy, z którym właśnie tańczyła. Kenji praktycznie się na niej wieszał, ale nie byłem pewien, czy to był za sprawą alkoholu. Nie widziałem za często w jego rękach szklanki, co nieco mi śmierdziało, jednak nie miałem czasu się nad tym głębiej zastanowić. Uchodźca nie wychodził z roli i właśnie odkleił się od swojego przyjaciela, czmychając do kuchni. Znowu. Czwarty raz w ciągu godziny. Od kiedy ona była uzależniona? To kolejne pytanie, które nie chciało przestać mnie dręczyć. Podniosłem się na nogi i ruszyłem za nią.
Gdy wszedłem do pomieszczenia, była w nim sama. Siedziała na wyspie kuchennej z papierosem w jednej ręce i szklanką whisky w drugiej. Wlepiła we mnie spojrzenie, po czym wywróciła oczami.
— Dlaczego się tego spodziewałam? — mruknęła obserwując unoszący się dym. Prychnąłem pod nosem i domknąłem drzwi.
— Kobiecy instynkt? — Podszedłem do niej i oparłem się plecami o blat, zawieszając wzrok na szarych kłębach. — Albo masz na mnie alergie.
— To drugie, więc z łaski swojej, idź sobie — wymamrotała, podpierając głowę na ręce. Oho, czyżbym za szybko ją pochwalił? — Nie chce dostać ataku.
— Gdyby to było takie proste, Nateko. — Pokręciłem głową z rozbawieniem, które ogarnęło mnie na dźwięk jej lekko podpitego głosu.
Spojrzałem przez ramię w jej oczy, po czym skierowałem spojrzenie na blat. Zrozumiała aluzję i o dziwo, zrobiła mi miejsce. Nieco zaskoczony, usiadłem obok niej, łapiąc w rękę pełną butelkę whisky. Pokiwałem alkoholem w jej kierunku, więc podstawiła mi pod nos prawie pustą szklankę. W pomieszczeniu było słychać tylko muzykę z pokoju obok i stukanie szkła o blaty. Uchodźca podał mi paczkę z fajkami, co było jej kolejnym niezrozumiałym zachowaniem, które zrzuciłem na karb procentów. Poczęstowałem się, więc rzuciła mi zapalniczkę.
— Dlaczego nie jest? — Rzuciła mi zaciekawione spojrzenie, co nieco mnie rozbawiło. Ta jej szczerość i niemal dziecięcy, wyczekujący wzrok. To było rozbrajające.
— Uwierzysz, jeśli powiem, że jesteś interesującą osobą? — Zmarszczyła na chwilę brwi, by zaraz roześmiać się cicho pod nosem i przewrócić oczami.
— Co, jak co Uchiha, ale chyba procenty ci zaszkodziły. Albo jesteś kosmitą. — Wyrzuciła resztki spalonego peta, zaraz wyciągając z paczki kolejnego. — Nie jestem interesującą osobą. Na pewno nie dla ciebie.
— Dlaczego tak sądzisz? — Chciałem zobaczyć, jak dużo mogę od niej wyciągnąć. Uchodźca był tego dnia nad wyraz rozmowny.
— Bo tak jest, kretynie. — Wygrzebała w końcu zapalniczkę ze spodenek, do kieszeni których wrzuciła ją niespełna minutę temu i przyciągnęła nogi do siebie. Położyła głowę na kolanach, kierując twarz w moją stronę. — Kiedy patrzy się z boku, nie ma we mnie nic ciekawego. Jestem raczej przeciętną nastolatką. Po prostu wyglądam trochę straszniej od tych wymalowanych ciź, które biegają za tobą po całym mieście. Nie widzę sensu w twoim zainteresowaniu.
— Twierdzisz, że w ogóle cię nie znam? — Uniosłem brwi, wlepiając wzrok w brązowe tęczówki. Dziewczyna uśmiechnęła się, odwracając głowę. Oparła brodę na kolanach i napiła się.
— Tak, właśnie tak twierdzę. — W jej głosie dało się słyszeć nutę goryczy. Oho, wracała stara Nateko? — Nie znasz mnie, Itachi. Nie próbuj zaprzeczać. To co wiesz, jest tym, co chce ci pokazać. Niczym więcej
— Może tak jest. — Przyznałem po dłuższej chwili milczenia. — A może tylko ci się wydaje, że masz nad wszystkim kontrolę? Myślałaś o tym kiedyś?
I po raz kolejny uchodźca zaskoczył mnie swoją reakcją. Wzdrygnęła się na moje słowa, po czym zamarła na moment przymykając oczy. Nie miałem pojęcia, co takiego powiedziałem, ale wyglądało to tak, jakbym nagle jej o czymś przypomniał. O czymś niekoniecznie przyjemnym.
Po najwyżej pięciu minutach słuchania jej płytkich oddechów, zakłócanych jedynie muzyką z salonu, Nateko podniosła na mnie chłodny wzrok.
— Wiesz... — zagaiła stanowczym tonem. — Nie ogarniam cię. Nie rozumiem, o co ci chodzi. Czego ty tak właściwie ode mnie chcesz? Powiedz mi, co ja ci takiego zrobiłam? Dlaczego, do cholery musisz być Uchiha i przypominać mi tym, że każdy pierdolony dzień mojego życia jest piekłem? — Na moment zastygłem w bezruchu, zastanawiając się, czy aby na pewno się nie przesłyszałem. Jednak po chwili Nateko roześmiała się gorzko pod nosem i zsunęła z blatu. — Po co ja w ogóle pytam? Przecież wielki pan Uchiha nie będzie się tłumaczył przed takim pieprzonym szaraczkiem.
— O co ci chodzi? — wymamrotałem, gdy zgasiła peta w zapalniczce, co skutkowało wlepieniem jej brązowych tęczówek w moje oczy.
— O to, Uchiha, że mam przez twoje nazwisko same problemy — warknęła nagle, jakby próbowała powstrzymać gniew i odwróciła się z zamiarem wyjścia.
Przewróciłem oczami również zsuwając się na podłogę i w ostatniej chwili złapałem za jej nadgarstek. Przyciągnąłem ją do siebie i przyparłem do ściany, wpatrując się w te cholernie intrygujące, brązowe tęczówki. Uchodźca zdawał się być zdezorientowany, jednak to był moment, zanim w jej oczach zabłyszczał cynizm.
— I co teraz, Itachi? Uderzysz mnie?
— Powaliło cię już do końca? — warknąłem, zirytowany uśmieszkiem, który wypłynął na jej twarz. — Nateko, co z tobą jest do cholery nie tak?
— Nic do kurwy nędzy jasnej! — Uderzyła małą piąstką w mój tors, próbując mi się wyszarpnąć. — Na cholerę tak bardzo dociekasz powodów!? Nie są ci do niczego potrzebne!
— Bo mnie dotyczą! — W tym samym momencie pożałowałem podniesienia głosu. Jej furia i pewność siebie wyparowały jakby za pstryknięciem palców. W jej oczach zagościło zrezygnowanie i rozgoryczenie.
— Tak, jasne — wyszeptała głosem, który przyprawił mnie o dreszcze. — To zawsze jest twoja sprawa. W końcu to twoja popierdolona rodzinka przyczyniła się do spieprzenia mi życia.
— O czym ty mówisz? — Popatrzyłem na nią nieco zdezorientowany, jednak ona tylko parsknęła pod nosem i pokiwała zrezygnowana głową.
— Zapytaj wuja.
— Pytam ciebie. — Zmarszczyłam brwi, łapiąc w palce jej podbródek i zmusiłem ją by spojrzała mi prosto w oczy. — Co Obito ma z tym wspólnego?
— Obito? — Na chwilę rozwarła szeroko oczy, by zaraz je przymknąć i roześmiać się, jakbym był nie kapującym niczego przedszkolakiem. — Oj, Uchiha. Kto jak kto, ale Obito jest chyba jedyną szczerą osobą w tej rodzinie.
Otworzyłem szeroko oczy, zaciskając przy tym mocniej dłoń na jej nadgarstku, bo nie mogłem uwierzyć, że chodziło o Madare. Dotarło do mnie wtedy, że były dwie opcje. Pierwsza, Madara przez jakiś czas pracował jako prokurator w Stanach. Akurat wtedy, kiedy Akihiro nawalił i wylądował w sądzie. Druga, nie przewidziało mi się, gdy trzy lata temu na biurku wuja widziałem jej nazwisko w aktach. O co tu do cholery szło?
— Uchiha, do cholery jasnej! — Nateko krzyknęła, próbując wyszarpać rękę i przywołując mnie tym samym do rzeczywistości. — To boli, kretynie pieprzony!
Jak oparzony puściłem jej rękę. Dziewczyna prychnęła, rozmasowując skórę pod masą bransoletek. Zmrużyłem powieki, kiedy naciągnęła je z powrotem widząc, że na to patrzę.
— Co to było? — Zagrodziłem jej drogę ucieczki rękami, kiedy spróbowała wycofać się do salonu.
— Nie twój zakichany interes, dupku — warknęła, posyłając mi mordercze spojrzenie. Zjechałem wzrokiem na jej rękę i złapałem jej dłoń. Nie przewidziało mi się, inaczej nie zareagowałaby tak agresywnie. Ponownie spróbowała się wyszarpnąć, ale na próżno. Zacząłem powoli odsuwać bransoletki. — Przestań. Itachi, do cholery. Proszę cię pierwszy i ostatni raz w życiu, przestań.
Zdziwiony tym niemal błagalnym tonem, uniosłem wzrok. Zamurowało mnie, kiedy zobaczyłem łzy w jej oczach. Ręka samoistnie zatrzymała się w miejscu. Patrzyła na mnie jak zbity pies, z przerażeniem obserwując moje reakcje. Zrozumiałem, że posunąłem się za daleko. Wypuściłem jej nadgarstek i cofnąłem się o krok. Nateko nie spuszczała ze mnie oczu, obserwując każdy mój ruch. Już otwierałem usta, czując jakiś dziwny nacisk, żeby ją przeprosić, kiedy drzwi gwałtownie się otworzyły, a w nich stanął nie kto inny, jak Yoshida. Prychnąłem. Oczywiście, że to musiał być Kenji. Kto wbiegałby do kuchni z takim obłędem w oczach?
— Co tu się dzieje? — Zmrużył przytomne oczy, próbując zamordować mnie wzrokiem. No proszę, czyli rzeczywiście udawał.
— Nie twój interes, Pantero. — Skrzyżowałem ręce na piersi, obserwując jak w jego oczach pojawia się furia.
— Yoru? — Nie spuszczał ze mnie wzroku, w przeciwieństwie do Uchodźcy. Ona za wszelką cenę unikała patrzenia na mnie.
— Nic — warknęła, próbując go wyminąć.
— A ty dokąd? — Złapał ją w pasie i przyciągnął do siebie, zatrzymując w żelaznym uścisku. — Co się stało? Co on ci zrobił?
— Jak mówi, że nic, znaczy, że to nie twój interes, Yoshida — odezwałem się, kiedy Nateko przez dłuższą chwilę nie kwapiła się odpowiedzieć.
— Nie ciebie pytałem, Uchiha — syknął, nadal nie odrywając ode mnie wzroku.
— Kenji do cholery! — Yorumi wyrwała mu się zanim zdążyłem otworzyć usta. — Możesz sobie darować? Nic się do kurwy nędzy nie stało. Nie będę się powtarzać. — Odwróciła się w moją stronę i wlepiła we mnie rozsierdzone spojrzenie. — A ty przestań się, do cholery zachowywać jak jakiś dzieciak. Zresztą nie tylko ty. Obaj zachowujecie się jak jakieś rozpieszczone bachory! — wykrzyczała, czym zaskoczyła chyba nas obu, po czym warcząc z irytacji pod nosem, ewakuowała się z kuchni.
Patrzyłem jeszcze dobre dwie minuty w drzwi, za którymi zniknęła, nie bardzo rozumiejąc, co tu się przed chwilą stało. Procenty zdziałały? A może to moja wina? Tak czy siak nie miałem czasu na rozkminy życiowe. Yoshida nadal stał tam, gdzie go zostawiła i teraz kierował całą swoją uwagę na mnie.
Zmarszczył gniewnie brwi i postąpił dwa kroki do przodu, zatrzymując się kilka centymetrów ode mnie. Był mojego wzrostu, może nieco niższy, raczej tej samej postury. Otworzył usta, po czym zrezygnował i odetchnął ciężko, przeczesując szare włosy. Przymknął oczy, widocznie próbując się uspokoić, by zaraz na powrót wlepić swoje szare tęczówki w moje czarne.
— Słuchaj, Uchiha — zaczął powoli, ale stanowczo. Nie zareagowałem, dalej beznamiętnie wpatrując się w jego twarz. — Nie lubię cię. Ty mnie też nie. Nie chce mieć z tobą nic wspólnego. Ale, że tak się do kurwy nie dzieje, posłuchaj mnie przez moment, skurwielu. Najpierw twój popierdolony braciszek, zapatrzony w ciebie, jak w obrazek, przyłączył się do Panter. Potem Akihiro zaczął łazić nabuzowany z twojego powodu. Więc mam ci do powiedzenia tylko jedną rzecz i mam nadzieję, że potraktujesz ją poważnie.
— Mianowicie? — Uniosłem brew, kiedy podszedł do mnie szybkim wzrokiem i zacisnął dłonie na mojej koszulce. Był znany ze swojego wybuchowego charakteru, więc musiałem uważać na słowa. Nie miałem ochoty wywoływać jakiejś popieprzonej awantury, która nie miała w tej sytuacji sensu. Przynajmniej nie dla mnie.
— Odpierdol się raz, a porządnie od Yorumi — wycedził, akcentując dobitnie każde słowo. Jego oczy ciskały błyskawice. — Twój wujaszek już wystarczająco ją poniżył i namieszał w jej życiu, zarówno w Japonii, jak i Stanach. Nie potrzeba jej kolejnego pierdolonego Uchihy, do pieprzenia życia. Już wystarczy, że przez ciebie, Hiro zaczął mieć jakieś jebnięte pretensje. Odpierdol się od niej raz, a porządnie. Inaczej przysięgam, że nie skończy się to dla ciebie za dobrze.
— Czyli mi grozisz. — Uśmiechnąłem się pod nosem i oparłem tyłem o wyspę, odrywając jego ręce od czarnego materiału. — Myślisz, że się tego przestraszę?
— Nie grożę ci. Daję najzwyklejszą radę.
— Nie jesteśmy przyjaciółmi, żebyś dawał mi rady. I przejrzyj na oczy. Wiecznie nie dasz rady ukrywać, że masz coś do niej. — Otworzył szeroko oczy, wpatrując się we mnie z niedowierzaniem. — Błagam cię, Yoshida. Ile już to ukrywasz? Miesiąc? Dwa? Rok?
— To nie twój interes. — Przypadł do mnie ponownie, na powrót zaciskając pięści na materiale mojej koszulki.
— Nie pomyślałeś może, że właśnie to ją załamie? — Kontynuowałem, chcąc wyprowadzić go z równowagi. Może Yorumi była chodzącą zagadką, ale z Kenjiego bardzo łatwo było wyciągnąć kilka faktów już z samej obserwacji. — Może nie znam jej tak dobrze jak ty, ale nie jestem ślepy ani głupi. Widzę, jak się zachowuje, kiedy za bardzo się zbliżam. Widzę w jej oczach, że cos jest nie tak. Nie pomyślałeś, że to co robisz, może ją krzywdzić?
— Co ty możesz o niej do cholery wiedzieć? — warknął, bardziej przybliżając swoją twarz do mojej. Widziałem w jego oczach, jak bardzo stara się hamować. Widocznie nie tylko ja nie chciałem wywoływać burdy u Inuzuki.
— Praktycznie nic. — Przyznałem, co nieco go zdezorientowało. Cofnął się o krok, z pytaniem malującym się w jasnych oczach. — Wiem tyle, ile widziałem. I z uwagi na to, co robisz, myślę, że mimo to, wiem więcej od ciebie.
Yoshida parsknął nerwowym śmiechem i pokręcił głową cofając się o kolejnych kilka kroków.
— Na prawdę myślisz, że ją rozszyfrowałeś, bo coś ci się uroiło? — prychnął, kręcą głową w niedowierzaniu. — Jesteś pojebany, Uchiha. Bardziej niż mi się zdawało.
— Nic mi się nie uroiło i sam doskonale o tym wiesz. — Upierałem się przy swoim, a widząc furię w jego oczach, wiedziałem, że miałem rację. — Nie udawaj, że jest inaczej.
Patrzył na mnie przez chwilę w zupełnym milczeniu, odlatując gdzieś myślami, po czym ponownie pokręcił głową i wyszedł z kuchni bez słowa, zostawiając mnie tam samego. Mógł mówić, co chciał, ale zdawał sobie z tego sprawę. Po prostu nie chciał tego słuchać.



Od autorki: Tsaaa, od czego by tu zacząć...
Przepraszam was za to zamieszanie, ale  coś w tym rozdziale mi strasznie nie grało, więc poszłam z nim do Yumi i dopiero teraz poprawiłam to, co chciałam. Mam nadzieję, że ta wersja jest choć odrobinę lepsza, bo już na prawdę nie wiem, co jeszcze z tym wszystkim robić. Dajcie znać, jeśli coś nie gra. Krytykę też przyjmę i to chętnie. Czekam na wasze opinie i pozdrawiam cieplutko ;)