music

piątek, 7 lipca 2017

Cena Wolności cz.3

        — Że co się kurwa stało?! — Matt z niedowierzaniem wpatrywał się to w jedno, to w drugie, nie mogąc przetrawić informacji, że Mack mogła w tamtej chwili leżeć na dnie zatoki.
Hunter zabrał dziewczynę prosto do kwatery, gdzie w swoim pokoju dał jej ciepłe ciuchy na zmianę i opatulił grubym kocem. Po tym sam przebierał się w suche ubrania i napisał do Liz i Jacka, żeby przyszli całą trójką do jego pokoju. Tak właśnie skończyli na wyjaśnianiu wydarzeń sprzed niecałej godziny.
— To, co słyszałeś — warknęła Mack, nadal lekko trzęsąc się pod warstwami materiałów. — Skończyliście to gadanie? Bo jakbyście jeszcze nie przyuważyli. ktoś się na nas zasadza.
— Racja. — Liz westchnęła z irytacją, łapiąc w palce nasadę nosa. — Najpierw ta pułapka, zastawiona przez Forbsa, a potem ten zamach na Mack. Ta sprawa robi się nieprzyjemna.
— Może czas z tego zrezygnować? — Rzucił Jack, marszcząc brwi.
— Nie żartujcie sobie. — Ryder podniosła się gwałtownie z łóżka. — Ludzie, pracujemy dla Gildii. Zabijamy, kradniemy i torturujemy od lat, nie wspominając o innych rzeczach. Nigdy nie byliśmy bezpieczni. Nagle coś wam zaczęło odpierdalać, bo wylądowałam w zatoce? Chyba sobie kpicie.
— Mack, to nie jest śmieszne. — Hunter podniósł się z kanapy. Rzucając dziewczynie ostre spojrzenie. — O mało nie zginęłaś.
— Tak, tak, o mało nie zginęłam — warczała pod nosem, wyrzucając ręce w górę. — Tak jak wtedy, gdy oberwałam kulkę. Albo gdy ten facet rzucił się na mnie z nożem i prawie rozpruł mi brzuch. I tak jak wtedy, kiedy dwóch typów z konkurencyjnej organizacji pobiło mnie do nieprzytomności, prawie posyłając na tamten świat. Wyliczać wam dalej, czy już to do was dotarło? Ta robota niczym nie różni się od poprzednich. Zrozumcie to w końcu. Chcemy być wolni? Musimy ją dokończyć.
Po tych słowach wyszła z pokoju bruneta, trzaskając drzwiami.
— Mack! — krzyknął Matt, chcąc ruszyć za nią, jednak Hunter przytrzymał go za ramię, ciągnąc w tył.
— Ja z nią porozmawiam. Jestem spokojniejszy. — Mierzył się przez chwilę spojrzeniem z blondynem, aż ten skinął głową, zaciskając zęby. Musiał mu zaufać.

*

— Mack, co cię ugryzło? — warknął na wejściu, trzaskając za sobą drzwiami.
— A co ugryzło was? — burknęła w poduszkę.
— Możesz się do mnie odwrócić? — Stanął przy łóżku krzyżując ręce na piersi.
— Po co? — wymamrotała, mimo to przekręcając się w jego stronę.
— Mów, co ci odwala? Wszyscy się o ciebie martwią, a ty nas opierdalasz i spieprzasz z pokoju.
— Nic mi nie odwala. — Wstała, wbijając palec w jego tors. — To z wami jest cos nie tak. Już tym bardziej z tobą. Tak bardzo chciałeś się wyrwać spod władzy Shanksa, a teraz co? Rezygnujesz?
— Po prostu się o ciebie martwię, Mack. — syknął, zaciskając palce na jej ramionach. — Dlaczego nie możesz po prostu tego odpuścić?
— Ja mam cię słuchać, tak? — wycedziła, wbijając rozsierdzone spojrzenie wprost w jego szare tęczówki. — A kiedy ja prosiłam, żebyś sobie odpuścił, bo się martwiłam, to posłuchałeś?
— To nie to samo, Mack!
— Właśnie, że to samo. Zawsze jest tak samo. Tylko ja mam się dostosować, a ty masz w dupie to, że się o ciebie martwię.
— Zamknij się już — warknął i wpił się w jej usta, zatrzymując potok wyrzutów.
Ryder próbowała się mu wyrwać, ale brunet mocno trzymał jej ramiona, uniemożliwiając jakikolwiek ruch. Zmusił ją do cofnięcia się, przez co oboje wylądowali na jej łóżku. Chłopak szybko złapał za Ryder, unieruchamiając je nad jej głową.
— Już wystarczy, Mack. — Próbowała spojrzeć mu w oczy, ale widok zasłaniały jej, jego włosy. — Nawet nie wiesz, jak bardzo się myślisz.
— Co ty...
— Po prostu słuchaj. — Przerwał jej i odetchnął głęboko. — Za każdym razem, kiedy chodziłem do Krypt, czułem wyrzuty sumienia. Wiedziałem, że nie chcesz, żebym tam schodził, ale to był jedyny sposób, żebym mógł odreagować. Musiałem jakoś wyrzucić z siebie frustrację. Wiesz, jak bardzo chciałem zamordować bydlaka, który cię pociął? Gdyby nie Matt, już dawno byłoby po nim. A sukinsyn, który cię postrzelił? Do teraz nie może władać ręką. Tamta dwójka, która cię pobiła? Dostałem zgodę od Shanksa na małe tortury. Pamiętasz złamaną rękę Sandersa? Nie zrobił sobie tego sam i żałuję, że tylko tyle mogłem mu uszkodzić.
— Dlaczego? — wydusiła, wlepiając zszokowany wzrok w sufit.
— Bo cię kurwa kocham, idiotko skończona — warknął, unosząc twarz w górę. Wlepił w nią szare tęczówki, łapiąc jej nadgarstki w jedną dłoń. Drugą delikatnie położył na jej policzku, uśmiechając się przy tym niepewnie. — Kocham cię i dostaję szału, kiedy ktoś wyrządza ci krzywdę. Nie mogę na to patrzeć, a wiesz, że kiedy przysięgnę sobie zemstę, zrobię to choćby i po kilku latach.
Mackenzie wpatrywała się w niego, jak zaklęta. Nie była pewna, czy to rzeczywistość, czy znowu coś jej się śni, zwodząc za nos. Ledwo do niej docierało, że czuła jego obecność, jego ciężar, dotyk, zapach. Widziała te piękne szare oczy, patrzące na nią z ogromną czułością. Słyszała każde słowo, niemal spijając je z jego ust. Czuła się, jak w jakiejś durnej komedii romantycznej, ale miała to w dupie. Liczył się tylko Hunter i to, że w końcu odpuściła. Miała po dziurki w nosie udawania, że nic się nie dzieje. Robiła to przez cholerne trzy lata. Wystarczyło.
Nie namyślając się długo, unosiła głowę, by go pocałować. Hunter puścił jej nadgarstki, kładąc drugą dłoń na talii dziewczyny. Mack zarzuciła mu ręce na szyję, przyciągając bliżej siebie. Miała wszystko w głębokim poważaniu. Liczyło się tylko to, że był z nią. Był dla niej. I nic nie miało tego zmienić.

***

— Ludzie, mamy problem. — Zakomunikował Jack na wejściu.
Cała czwórka siedziała w niedużej kuchni, wyłożonej czerwonymi płytkami, zajadając śniadanie przy drewnianym stole, stojącym pod oknem. Brunet położył na blacie kartkę i skrzyżował ramiona na piersi, rzucając im wszystkim ponaglające spojrzenie.
— O co ci znowu chodzi? — mruknęła zaspana Mack, opierając się plecami o ramię Huntera. Ten zastygł w bezruchu, z widelcem zawieszonym w połowie drogi do ust. Jack spojrzał na niego krzywo, ale Greyson tylko uśmiechnął się cwaniacko i dalej pochłaniał jajecznicę. Od poprzedniej nocy dużo się zmieniło między nim a Ryder, ale nie miał zamiaru się wszystkim spowiadać. Na razie chciał się tym cieszyć po cichu. Posłał Mack znaczące spojrzenie, na co ta parsknęła pod nosem.
— Dobra nie mam pojęcia, co się wam wczoraj stało, ale skupcie się — warknął brunet, wściekle łypiąc na tę dwójkę.
— Okej, okej — burknął Hunter i odwrócił się do niego przodem, ku niezadowoleniu Mack, która straciła podpórkę. — O co chodzi?
— O Adama — syknął, zaciskając dłonie w pięści.
Wszyscy nagle się spięli. El przełknęła ślinę, rzucając niepewne spojrzenie na Matta, a Hunter ukradkiem położył dłoń na nodze Mackenzie, która zaczęła drżeć. Każde z nich zdawało sobie sprawę, jakie stosunki między nimi panowały, a Jack najwyraźniej nie miał dobrych wieści.
— Ten pojeb nas sprzedał — wycedził, łapiąc palcami za nasadę nosa i próbując się uspokoić, ale emocje, które nim targały, za cholerę nie chciały odpuścić. Nie mógł zrozumieć, jak Sanders mógł ich zdradzić, tylko po to, żeby odegrać się za jakąś niewyjaśnioną sprawę z tym psychopatycznym duetem.
— O czym ty mówisz? — wydusiła z siebie Liz, wpatrując się z niedowierzaniem w przyjaciela.
— O tym, że to on krył przed nami Forbsa, kazał mu was jakoś załatwić i nasłał na Mack tamtych typów. Na kartce masz wszystkie bilingi.
— Śledziłeś go?! — Liz wypuściła z ręki widelec, który z hukiem upadł na talerz, rozbryzgując na stole resztki przysmażonych jajek.
— Tak! Do cholery, tak! — krzyknął Jack, wyrzucając ręce w górę. — Wyobraź sobie kurwa, że tak! I dobrze zrobiłem! Ten sukinsyn cię wykorzystywał, Liz! Wszystkich wykorzystywał, robiąc sobie po cichu interesy z Danielsem, który nawiasem mówiąc, chciał się pozbyć tych dwóch popaprańców tutaj, — wskazał na Mack i Huntera, —  bo psuli mu interesy! Ten gnojek zbratał się z wrogiem Shanksa!
Ryder poczuła, jak złość zaczyna nad nią panować bardziej, niż kiedykolwiek. Adam mógł sobie z nimi pogrywać, mógł próbować ją zgwałcić, mógł zastraszać, ile tylko chciał. Mógł nawet utrudniać im pracę, ale za cholerę nie była w stanie mu wybaczyć zasadzki na przyjaciół. Nie mogła uwierzyć, że tak podstępnie wykorzystał zaufanie Liz, żeby potem nasłać na nią kogoś z mafii Danielsa. Tego było już o wiele za dużo, nawet jak na niego.
— Przestań sobie żartować. — Parker zaśmiała się nerwowo, wplatając dłonie we włosy. — Przecież obiecał dać nam spokój. Adam taki nie jest.
— Nadal tego nie rozumiesz, Liz?! — Ryder, uderzyła zaciśniętymi pięściami w drewniany blat z taką siłą, że zostało na nim małe, ale widoczne wgniecenie. — Sanders chce się nas pozbyć zanim wykonamy robotę. Ja i Hunter wiemy o nim za dużo. Najwidoczniej Daniels stwierdził, że wy też jesteście zagrożeniem.
— Obiecał. — Elizabeth wpatrywała się w nią szeroko otwartymi oczami, nadal nie dopuszczając do siebie myśli, że Adam po prostu ich oszukał. — Obiecał wypuścić nas wszystkich. Shanks mu kazał. Obiecał.
— I ty w to uwierzyłaś? — Hunter posłał jej ostre spojrzenie, a widząc, jak zdezorientowana jest, zaśmiał się pod nosem. — Zapomniałaś już, jak bardzo nas nienawidził? Teraz nadarzyła się okazja, bo Shanks nie ma zamiaru nas śledzić w czasie akcji. Adam chce nas dopaść. Skoro te plany nie wypaliły, to będzie miał do tego okazje przy odbiorze utargu.
— Jeśli dojdzie to tego odbioru.
— Mack, nie kombinuj. — Hunter rzucił dziewczynie ostre spojrzenie. — Jeśli nie oddamy tego utargu, będziemy mieli na głowie nie tylko Danielsa, ale i Mendeza.
— Dobra, już dobra. Tak tylko rzuciłam — wymamrotała, odwracając od niego wzrok. — Dobra. Po prostu, kiedy nas zaatakuje, pokażemy mu, dlaczego stoimy w tej hierarchii wyżej od niego i tyle. Zgoda?
Parker spojrzała na nią niepewnie, ale po chwili skinęła głową, zdając sobie sprawę, że nie mają innego wyjścia. Adam był kompletnym dupkiem, musiała przyjąć to do świadomości. W ślad za nią, przytaknęli jej pozostali, jednak Hunter nadal wwiercał czujne spojrzenie w szatynkę, którego ona zaciekle unikała. Wiedział, że Ryder już coś sobie postanowiła i miał nadzieję, że to nie było to, o czym myślał.

***

Wieczorem tego samego dnia, wyjechali na obrzeża San Francisco, by ulokować się bezpiecznie wokół starej fabryki, należącej do Danielsa. Od informatora dowiedzieli się, że Forbs pomieszkiwał tam od czasu zniknięcia. Mieli dorwać go w środku i załatwić po cichu, wcześniej odbierając utarg. Całą akcję komplikował jedynie fakt, że Sanders wiedział gdzie, kiedy i o której mają uderzyć.
Równo o jedenastej pod fabrykę podjechał czarny sedan, z którego wysiadł dobrze zbudowany brunet. Ukryta za rogiem budynku, Mack, błysnęła lusterkiem w kierunku Huntera, czającego się za jednym z niewielu drzew, stojących przy rzadko używanej drodze stanowej. Greyson wysłał jej sygnał zwrotny i zaczął przemykać w mroku pod tylne wejście, gdzie mieli czekać na niego Liz i Matt.
Mackenzie kiwnęła głową do stojącego za nią Jacka, kiedy Forbs zniknął w środku, na powrót uruchamiając zabezpieczenia. Chłopak wstukał kilka literek w pole z hasłem, na podłączonym do systemu alarmowego laptopie. Po kilku dłużących się sekundach rozległo się ciche kliknięcie, oznajmiające wyłączenie wszelkich zabezpieczeń. Brunet uśmiechnął się z tryumfem, odciął w skrzynce na nimi odpowiednie kable, zwalniając tym magnetyczne zamki w drzwiach i rzucił dziewczynie nóż, samemu wydobywając z kabury broń. Mackenzie wyszczerzyła się do niego, łapiąc ostrze w locie i ruszyła wzdłuż ścian budynku, stanowczo zbliżając się wejścia. Gdy Ryder badała teren w środku, Jack czaił się przy drzwiach, obserwując uważnie drogę. Po niespełna minucie dziewczyna uderzyła pięścią w metalową blachę, dając mu znak, że może wejść do środka.
Po przejściu zaledwie pięciu metrów, dobiegł ich głuchy odgłos strzałów. Mackenzie warknęła pod nosem, przyśpieszając chód do sprintu. Jack również zaczął biec, przeklinając w myślach Sandersa i Greysona. Już sam nie wiedział, któremu przywalić w mordę mocniej. Adamowi, który z całą pewnością przygotował dla nich mały komitet powitalny za sprawą Danielsa, czy Hunterowi, który w razie niebezpieczeństwa, miał unikać korzystania z jakiejkolwiek broni palnej, ale najwyraźniej zignorował ten fakt. Mieli we trójkę, wejść od tyłu do budynku i cicho przemknąć pod drzwi do głównej hali. Plan zakładał, że w tamtym miejscu poczekają na sygnał od nich i razem wparują do pomieszczenia.
Wpadli we dwójkę do wielkiej hali produkcyjnej, niemal wyrywając drzwi z zawiasów. Obrazek, jaki tam zastali, ani trochę ich nie zdziwił. Ryder na widok Adama, mierzącego z broni do Huntera, prychnęła pod nosem, niemalże ze śmiechem. Ten facet był tak przewidywalny, że aż trudno jej było w to uwierzyć. Dziewczyna rozejrzała się po pomieszczeniu, dostrzegając stare maszyny, stojące kilka metrów od nich, palety, na których stały bloki czegoś, co na pierwszy rzut oka przypominało stal i dwójkę przyjaciół, mierzących lufami w stronę sufitu, nad nią. Skierowała wzrok w górę, dopiero tam dostrzegając na betonowym tarasie, biegnącym wzdłuż pomieszczeń biurowych, umieszczonych wokół hali, około dziesiątki uzbrojonych ludzi. Za plecami jednego z nich, wyłapała wykrzywioną w zjadliwym uśmieszku, twarz Coltona, a obok niego cel ich misji, Jasona Forbsa.
— No proszę, a już myślałem, że ta mała dziwka zrezygnowała po kąpieli w zatoce — parsknął Adam, zwracając lufę w jej stronę. Hunter chciał ruszyć w stronę szatyna, ale zatrzymał się, gdy na jego piersi pojawiła się czerwona kropka celownika.
— Kąpiel była orzeźwiająca. Zapomniałam ci za nią podziękować — mruknęła z przymilnym uśmiechem, podnosząc broń na wysokość ramienia. W mig na jej piersi pojawiła się czerwona kropka, ale ona tylko wyszczerzyła zęby i wbiła zimne jak lód spojrzenie w chłopaka, wyglądającego na nie więcej, niż dwadzieścia lat. — A, a, a. Nie radzę. Możesz próbować mnie zestrzelić, ale zanim naciśniesz spust zdążę wystrzelić w jego pierś i pozbyć się twojego mózgu z tego świata.
Chłopak spojrzał na nią niepewnie, by po chwili szukać potwierdzenia w oczach Chase’a, stającego obok niego. Colton tylko posłał Ryder nienawistne spojrzenie i położył dłoń na broni chojraka, zmuszając go do jej opuszczenia. Mack posłała mu buziaka i na powrót skupiła uwagę na Sandersie.
— Pozwól, że dam ci radę, gnojku — warknęła, nie tracąc z twarzy uśmiechu. — Masz jeszcze szansę zatuszować tę sprawę, ugadać się z tymi płotkami Danielsa i ujść z życiem. Wystarczy, że ten tu palant, — wskazała wolną ręką na faceta, znajdującego się na balkoniku nad nią, z wymierzoną w Huntera lufą, — opuści zabawkę, zanim któreś z nas zrobi użytek z arsenału, który tu zawlekliśmy.
— Ja też dam ci małą radę — mruknął, dając znak chłopakowi na górze, co skutkowało ponownym pojawieniem się czerwonej kropi na jej piersi. — Lepiej sobie daruj, bo za nic nie wyjdziesz stąd żywa.
Dziewczyna przewróciła oczami i kiwnęła głową w kierunku przyjaciół po drugiej stronie hali.
— Pamiętaj, że sam tego chciałeś — szepnęła złowrogo, obijając się od podłogi.
W przeciągu kilku sekund rozległy się dwa strzały, z tarasu spadły dwa ciała, rozpłaszczając czaszki na miazgę, przez siłę uderzenia, a zabójcy pochowali się za palety z metalem, nieznanego pochodzenia. Sanders rzucił się za najbliższą maszynę, unikając kuli, wystrzelonej przez Jacka. Rozpętało się piekło. Raz po raz z góry spadały ciała zastrzelonych, pociski odbijały się od metalowych bloków, które utrudniały trafienie z góry, Sanders krzyczał do Chase’a, żeby ukrył gdzieś Jasona, a sam Forbs wrzeszczał jak oszalały na ludzi, zirytowany ich brakiem celności.
Gdy Mack przeładowała magazynki, dostrzegła, że Hunter przemyka się do Adama, korzystając z chwilowej paniki, jaka zapanowała na górze. Odpuściła, więc sobie konfrontację z Sandersem, dalej wymieniając ogień z wrogami na tarasie. Wiedziała, że Hunter sobie z nim poradzi. 
Po niecałych pięciu minutach strzelaniny, na górze zostały trzy osoby, w panice szukające sposobu na wyjście z tego cało. Ryder kiwnęła głową do Matta i Liz, wysyłając ich za celem. Matt skinął jej głową, wiedząc, że to oni musieli dorwać Coltona i Forbsa. Rozgrywka na dole należała do Demon’s Revenge.
Jack przestrzelając jednemu facetowi szyję, przebiegł za jej paletę, unikając kolejnego strzału Adama.
— Jadę za dwójką, która wyszła drzwiami ewakuacyjnymi — mruknął strzelając  w stronę Sandersa, jednak nabój odbił się od maszyny. — Jeśli Daniels dowie się o tej sytuacji, nie wyjdziemy stąd żywi. Dopilnuj, żeby Adam nie zabił Huntera.
— Pospiesz się i zabieraj dupę w troki — warknęła, przytulając go.
— A to za co było? — wymamrotał, uśmiechając się na widok jej speszonej miny.
— Po prostu idź. Osłaniam ci dupę.
— Ja myślę. — Mrugnął do niej i ruszył pędem do drzwi, pochylając nisko głowę.
Wiedział, że Ryder coś knuła i to prawdopodobnie było pożegnanie. Wyraz jej oczu nieco go zaniepokoił, ale nie miał czasu na wyciąganie z niej prawdy i przemawianie do rozumu. Czas gonił nieubłaganie.
Mack odetchnęła z ulgą, gdy Jack zniknął za drzwiami. Skupiła się, próbując zgadnąć gdzie Forbs mógł trzymać pieniądze z ostatniego utargu Danielsa. Dazai powiedział im, że Jason wozi je tygodniami ze sobą, nie spuszczając z nich oka, dopóki nie odda ich w ręce samego szefa. Uzmysłowiła sobie po chwili, że z samochodu nie zabierał dosłownie niczego, więc torba z pieniędzmi musiała leżeć w maszynie. Zanim jednak się podniosła i ruszyła w ślad za Jackiem, zza maszyny dosłownie wyleciał Sanders, którego Hunter okładał raz po raz pięściami z taką furią, że aż cofnęła się  na widok dzikości, panującej w oczach partnera.
— To za Matta — mruczał Greyson uderzając w zakrwawioną twarz szatyna. — To, za Jacka. — Tym razem uderzył z drugiej strony, a głowa Adama zatańczyła tak, jak brunet jej zagrał. — To, za Liz. — Uderzył w jego szczękę od dołu. Sanders zachwiał się niebezpiecznie. — A to, — odsunął ramie w tył, — za Mack, popierdoleńcu.
Hunter wyprowadził szybki cios, który trafił wprost w środek twarzy Adama, posyłając go na podłogę. Mack wiedziała, że nienawidził go od lat, gardził nim. Po tym jak przyłapał go na próbie gwałtu stracił hamulce, omal go nie zabijając i poprzysiągł, że kiedyś to dokończy. A Hunter Greyson zawsze doprowadzał groźby do czynów.
Podniosła się na nogi i ruszyła w stronę wyjścia. Zanim zniknęła za drzwi usłyszała wystrzał. Odwróciła głowę tylko po to, by zobaczyć, jak krew Adama rozbryzguje się na betonowej posadzce.
Wypadła na świeże powietrze i rozejrzała się po podjeździe. Gdy zlokalizowała sedana, podbiegła do niego i z rozpędu uderzyła pięścią w tylną szybę. Skórzana rękawiczka złagodziła uderzenie, dzięki czemu Mackenzie zaczęła grzebać w bagażniku, nie zostawiając nigdzie swojego DNA. Po chwili macania na oślep, natrafiła na to czego szukała. Wyciągnęła torbę, upewniła się, że w środku znajdują się pieniądze i rzuciła ją na ziemię, chowając broń do kabury. Sięgnęła dłońmi do łańcuszka, na którym wisiał stary nieśmiertelnik. Zdjęła go i chwile mu się przyglądała, zastanawiając, czy aby dobrze robi. Szybko potrząsnęła głową, odpędzając od siebie wątpliwości. Na blaszce były wyryte dwa adresy. Wiedziała, że jeśli będzie chciał, znajdzie ją. Powiesiła łańcuszek na kawałku szkła, które wystawało zza czarnej blachy i rzuciła się biegiem wzdłuż drogi do miejsca, gdzie zaparkowali swoje auta.
Uśmiechnęła się widząc, że stary Nissan Jacka zniknął. Wrzuciła torbę z pieniędzmi na tylne siedzenia i wsiadła do swojego kochanego Mustanga. Wyjechała na drogę i ruszyła w kierunku przeciwnym do San Francisco, do starej knajpy East Avenue Food.

*

— Hunter! — Liz krzyknęła do bruneta z tarasu, wskazując na otwarte drzwi ewakuacyjne. — Załatwiliśmy Forbsa, ale Chase uciekł!
Chłopak jedynie pokiwał jej głową i pobiegł w stronę wyjścia. Nigdzie nie widział Mack, więc domyślił się, że poszła szukać pieniędzy. Dręczyło go cholerne przeczucie, że wcale go nie posłuchała i zrobiła cos głupiego. Wypadł na zewnątrz w momencie, w którym stary Chevrolet z piskiem opon ruszył w stronę miasta. Zaklął pod nosem rozglądając się wokół, w poszukiwaniu Ryder. Jego uwagę zwrócił kawałek metalu, pobłyskujący przy stłuczonej tylnej szybie sedana. Podszedł do samochodu i ściągnął wisiorek ze szkła. Parsknął pod nosem, gdy w jego dłoni znalazła się mała blaszka, należąca do Mack. Spojrzał na drogę, na której mógł dostrzec jedynie dwa, oddalające się światła
— Cholera jasna. — Uśmiechnął się pod nosem. — Naprawdę to zrobiłaś, wariatko. — Zaśmiał się z niedowierzaniem, po chwili odwracając nieśmiertelnik na drugą stronę. — East Avenue Food, co? Tandetna nazwa.
— Hunter! — Dobiegł go krzyk Matta, idącego w jego stronę. — Dzwonił Jack. — Schował telefon do kieszeni i spojrzał na stopniowo oddalające się światła. — Chase dzwonił już do Shanksa. Powiedział mu, że Mack zabrała pieniądze.
— Bo to zrobiła — parsknął brunet.
— Co takiego? — warknęła Liz, patrząc w ślad za znikającym samochodem. — Ona oszalała.
— Nie, El. — Hunter znowu uśmiechnął się pod nosem, zaciskając w dłoni nieśmiertelnik Mack. — To jest jej wolność.
Matthew parsknął pod nosem i skrzyżował ręce na szerokiej piersi. Złapał spojrzenie bruneta i uśmiechnął zawadiacko.
— Chyba nie tylko jej, Greyson. — Po chwili ciszy, sięgnął do kieszeni dżinsów i rzucił chłopakowi klucze, które ten bez trudu złapał, mimo panujących ciemności. Skinął głową w stronę samochodów, gdzie stała jego czarna Honda. — Zwialiście z parkingu zanim opuściliśmy budynek.
— Nie zapomnę ci tego, Matt.
Po tych słowach szybko ruszył do samochodu, by chwilę później gnać po ciemnych drogach, goniąc Mackenzie. Blondyn pokiwał głową w rozbawieniu i spojrzał w rozgwieżdżone niebo. Rozłożył ręce i zaśmiał się radośnie niczym dziecko.
— Pozwalasz mu odjechać z Mack? — Liz wpatrywała się z niedowierzaniem w partnera. — Skąd ta nagła zmiana?
— Powiedziała mi, że tego chce — wymamrotał, przenosząc na nią spojrzenie.
— Kiedy, do jasnej cholery? — Dziewczyna wytrzeszczyła na niego oczy, opierając dłonie na biodrach.
— Zanim wyjechaliśmy na akcję — mruknął po czym parsknął pod nosem. — Właściwie to mnie skrzyczała, powiedziała, że jestem idiotą, uderzyła kilka razy w, jak to ona mówi, zakuty łeb i uświadomiła, że czuje cos do niego od trzech lat i to z wzajemnością. Po prostu przestała się hamować, miała już dość. Zrozumiałem, że z nim jest szczęśliwsza. — Podszedł do niej i zamknął w niedźwiedzim uścisku. Dziewczyna wtuliła się w szeroką pierś, całkowicie rozluźniając mięśnie.
— To już koniec, prawda? — wymamrotała w jego bluzę, wtulając się bardziej w jego tors. Johnson zaśmiał się radośnie, bardziej przyciskając ją do siebie.
— Tak, skończyliśmy — wyszeptał do jej ucha, by po chwili znów skierować wzrok w rozgwieżdżone niebo. — Nareszcie skończyliśmy.
— Matt? — Liz uniosła głowę, łapiąc spojrzenie blondyna.
— Hm?
— Kocham cię — mruknęła, po czym pocałowała go delikatnie i na powrót wtuliła twarz w ciepłą bluzę.
— Ja ciebie też — wymamrotał w jej włosy, przymykając oczy.
Trwali tak przez dłuższą chwilą, w końcu po prostu ciesząc się swoją obecnością. Ledwo do nich docierało, że nareszcie zostali wolnymi ludźmi, mogli sami decydować o swoim życiu, nie musieli się przed nikim tłumaczyć. Mogli po prostu stąd wyjechać i cieszyć się sobą, nie oglądając się co chwilę przez ramię w oczekiwaniu ataku. Wykonali ostatnie zadanie, spłacili dług. Byli wolni. W końcu, po tylu długich latach, wolni.

***

Wpatrywała się w nocne niebo, mocno zaciskając dłonie na barierce otaczającej krawędzie dachu. Nadal nie mogła uwierzyć, że tu była. Ten sam stary dach, miasto migoczące w oddali tysiącem świateł, rozgwieżdżone niebo. Wszystko było takie, jak je zapamiętała. Nawet wiatr, podrywający jej długie, brązowe kosmyki do tańca, zdawał się rozpoznawać tę małą, złośliwą dziewczynkę, przesiadującą tam niegdyś godzinami.
Po tylu latach rozłąki z ukochanym domem w LA, w końcu mogła odetchnąć tym samym powietrzem, poczuć tę samą energię. Żałowała tylko, że nie było tu już tych samych ludzi. W końcu to za tym tęskni się najbardziej, za miejscami i ludźmi.
Westchnęła, rozkoszując się świeżym, nocnym powietrzem, gdy wyczuła czyjąś obecność za sobą. Stare nawyki nadal działały, ale doskonale wiedziała, kto za nią stoi, więc niewzruszona wpatrywała się w panoramę metropolii, nawet nie zerknąwszy przez ramie na przybysza. Ten za to bezszelestnie, niczym kot podszedł do niej i otoczył ramionami w tali, opierając brodę na jej głowie. Zapatrzył się w ten sam widok i mimowolnie uśmiechnął. To nie było jego miasto. Pochodził z Atlanty i nie do końca czuł klimat tego miejsca, ale przyjechał tu dla niej, a jej uśmiech wynagradzał mu rozłąkę z domem. Los Angeles, miasto aniołów. Ryder kochała to miejsce i tylko to się dla niego liczyło. Nie było tam w końcu tak źle. Może i czekał na powrót do domu osiem lat, ale dla niej mógł czekać całą wieczność. To Mackenzie była jego domem.
— Tęskniłam za tymi chwilami — mruknęła, wtulając się plecami w tors bruneta. — Tyle czasu bez tego widoku. Nadal nie mogę uwierzyć, że stoję na tym samym dachu i widzę to, co widziałam kiedyś.
— To uwierz, Mack — szepnął jej wprost do ucha. — Jesteś tutaj. Czujesz to samo powietrze, widzisz te same gwiazdy. Jesteś w domu. My jesteśmy.
Obróciła się w jego ramionach, zszokowana wpatrując w twarz, na której gościł łagodny uśmiech.
— Co powiedziałeś?
— To, co słyszałaś, mała. — Pochylił się i delikatnie ucałował jej rozchylone usta. Oparł swoje czoło o jej i spojrzał głęboko w niebieskie oczy dziewczyny — To jest nasz dom Ryder, nasza wolność.





Od autorki: Ostatnia część zapychacza za nami, co oznacza, że kolejnym postem wracamy do głównej historii. Strasznie Was przepraszam za ten przestój, ale egzaminy kwalifikacyjne, koniec roku i te sprawy. To wszystko zajmuje masę czasu, więc do napisania została mi połowa rozdziału, ale dam radę. Postaram się wyrobić do dwóch tygodni. Pozdrawiam cieplutko i do następnego :)

5 komentarzy:

  1. Dla odmiany, dziś tu się wypowiem :-)
    To nie zabrzmi najlepiej, ale dobrze, że to koniec tego opowiadania. Bez wątpienia wolę inne twoje wpisy. Są po prostu lepsze. Takie krótkie opowiadania mają taki minus, że ciężko czytelnika rozkochać. Zanim dobrze się wciągniesz, już się kończy. Są ludzie, którzy potrafią w one shocie przekazać tak dużo emocji, że na długo pozostaje on w pamięci. Jednak to wyjątkowo trudne. Ja czytałam tylko kilka takich historii i większość pisała jedna osoba. Dla mnie jest ona niedoścignionym wzorem.
    Wracając do tematu. Opowiadanie jest dobre, ale czegoś mi w nim brakuje. W życiu nie powiedziałabym, że jest twoje, bo chyba najbardziej brakuje mi w nim Ciebie. Zakończenia chyba nie do końca zrozumiałam. W każdym razie mamy happy end i jest ok! ;-)
    Weny do dalszego pisania ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuje za ten komentarz. Cieszę się, że nie głaskasz mnie po główce. Sama przyznam, że nie do końca mi to podoba. Końcówke pisałam na siłę, bo chciałam wysłać to na konkurs przed tymi wszystkimi powtórkami na egzamin. Chyba to przeważyło na całym efekcie.
      Jeszcze raz dzięki i następne wpisy będą lepsze ;)

      Usuń
  2. Hmmm. Co się stało z tym postem co miał być, ale go nie ma? To jest nowy rozdział, czy jeszcze czekamy?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zrobiłam zamieszanie, przepraszam. Rozdział, który wstawiłam był słaby. Ja sama się na nim trochę zawiodłam, a Yumi stwierdziła, że może mi pomóc więc postaram się z jej uwagami do końca tygodnia wstawić coś, co będzie bardziej godne uwagi. Gome.
      A i jeśli chciałabyś być bardziej na bieżąco z tym, co się dzieje, to wpadaj na mojego fb. Tam troche bardziej rozwinęłam temat.

      Usuń
    2. fb.... blech, ja należę do grona osób, które nie istnieją, bo nie maja konta na tym czymś :)) Choć może się to wydawać nieprawdopodobne, to nie jest nas tak mało :)) Moja mama bez przerwy namawia mnie, abym się dołączyła do rodzinki fb, ale jestem bardzo oporna. To też wątpię abyś to Ty mnie namówiła :(
      Dlatego jeśli nie masz nic przeciwko, to od czasu do czasu najwyżej się Ciebie podpytam tutaj :))

      Usuń